środa, 23 września 2015

O tym, jak Predator 2 zmienił moje życie.

Kinowe inkarnacje Predatora nie mają dużego szczęścia. Po ogromnym sukcesie finansowym i artystycznym pierwszego filmu oczekiwania względem kontynuacji były ogromne, co chyba jest zrozumiałe. Musiały jednak minąć trzy długie lata zanim wielbiciel galaktycznego safari powrócił na wielki ekran. W tym czasie koniunkturę nakręcało rozszerzenie tej "marki", podówczas składające się z kilku komiksów, a także raptem jednej książki i jednej gry komputerowej. Kiedy jednak wreszcie odbyła się premiera drugiej części, większość widzów i recenzentów wydała z siebie jęk zawodu. Jak to, nie ma Schwarzeneggera? Jak to, nie ma dżungli? I to ma być ten nowy Predator, na którego wszyscy czekali? Pierwszy wysokobudżetowy film Stephena Hopkinsa, reżysera świeżo po (również chłodno przyjętym) Koszmarze z ulicy Wiązów 5, okazał się ogromnym rozczarowaniem finansowym i artystycznym, a sama seria (nie licząc krzyżówek z Obcymi) miała nie doczekać się kolejnej odsłony jeszcze przez dwadzieścia lat. A i wtedy nie udało się spełnić oczekiwań: Predators to film zaledwie przeciętny. Winą za taki stan rzeczy tradycyjnie i dość zgodnie obarcza się właśnie fiasko Predatora 2. Są jednak na tym świecie ludzie, którzy nie tylko uważają go za skandalicznie niedoceniany klasyk kina, ale wręcz uwielbiają. Powiedziałbym nawet, że dużo mu zawdzięczają. Więcej niż ktokolwiek by się spodziewał.

czwartek, 12 marca 2015

Nawiedzony. O przewadze budynku nad scenariuszem.

Wszyscy wiedzą, że nie lubię remake'ów. Jakiś wartościowy wyjątek czasem się trafi, raczej nie przewyższający oryginału, ale i nie przynoszący ujmy, jednak zdecydowana większość to chłam. Lub filmy co najwyżej tak złe, że aż dobre. Przy takim nastawieniu trudno mi zawczasu nie osądzać nowej wersji jakiegoś klasyka – być może nawet jestem w stosunku do nich nieco niesprawiedliwy. W przypadku Nawiedzonego (1999) Jana de Bonta nie mogło być o tym mowy: to swobodna przeróbka słynnego filmu Roberta Wise'a, opartego na jeszcze wyżej cenionej powieści Shirley Jackson. Tak się składa, że nie znam ani jednego, ani drugiego. Jak mógłbym więc być uprzedzony, skoro nawet nie wiem o czym to było? W dodatku materiały promocyjne filmu de Bonta nie kryły, że jest to wyjątkowo swobodne podejście do materiału wyjściowego. Postanowiłem skorzystać z szansy: może ten horror sam w sobie okaże się czymś interesującym? Jak zwykle zostałem surowo ukarany za głupotę.

Doktor David Marrow, specjalizujący się w badaniach ludzkiego lęku, podstępem zwabia troje ludzi cierpiących na bezsenność do Hill House, ponurego domu, przypominającego gotyckie zamczysko. Tam planuje zainscenizować dla nich szereg scenek, tworzących sfingowany obraz mrocznej legendy rzekomo związanej z pierwszym właścicielem, wysoce podejrzanym Hugh Crainem. Opuściłby sobie wysiłek, gdyby tylko wiedział, że prawdziwe zjawy grasujące w domostwie dostarczą im prawdziwego strachu aż nadto. Theo, biseksualna artystka, Nell, asocjalna introwertyczka, i Luke, beztroski luzak, szybko przekonają się, że zaburzenia snu wcale się pod wpływem pobytu w posiadłości nie zmniejszą, ponieważ dom ma dla nich w planach wiele koszmarnych przygód.

niedziela, 8 lutego 2015

Timebomb. Zegarmistrz życia i śmierci.

W odróżnieniu od Marka Hamilla, Michaela Biehna nie da się nazwać aktorem jednej roli, ale z pewnością nie można go określić aktorem wielu ról. Jeśli zabrać z jego filmografii wkład Jamesa Camerona, niewiele interesujących rzeczy zostanie, a jeszcze mniej – z wyjątkiem Tombstone czy Twierdzy – można nazwać sukcesami finansowymi i artystycznymi. Nie zmienia to jednak faktu, że może się poszczycić kilkoma niezłymi osiągnięciami, które niestety mało kogo obchodzą. Choćby takie Komando Foki, całkiem porządny film wojenny, idealny wręcz dla fanów Call of Duty, albo Siódmy znak, zapomniany już, nienajgorszy horror teologiczny. Teraz do tej listy mogę dopisać Bombę zegarową (1991) Aviego Neshera – w pełni funkcjonalny mariaż niskobudżetowego kina sensacyjnego i science fiction. Z przewagą tego pierwszego.

Eddy Kay nie może narzekać na nadmiernie ekscytujące życie: prosty zegarmistrz na co dzień zmaga się z nakręcaniem starych zegarków i to by było na tyle. Nękające go często nocne koszmary – pełne nagości i przemocy – są jedynym urozmaiceniem, które przez lata starał się ignorować. Teraz jednak jest już tak przemęczony majakami, prześladującymi go nawet w dzień, że postanawia zasięgnąć porady pięknej pani psycholog (w tej roli optymalnie opalona na całym ciele Patsy Kensit), która niedawno dołączyła do grona jego klientów. Grzebanie w otchłani podświadomości podpowiada mu, że przeszłość może być inna niżby się zdawało. Tego samego zdania są tajemniczy agenci usiłujący od tej pory zlikwidować Eddy'ego na przeróżne sposoby. Spanikowany zegarmistrz porywa terapeutkę i wyrusza wraz z nią w podróż, mającą na celu odkrycie tajemnicy swojej tożsamości, a rządowi zabójcy cały czas depczą im po piętach.

Time Runner. More like Time Crawler.

Mark Hamill wielokrotnie był nazywany aktorem jednej roli, co być może jest trochę krzywdzące, ale i na pewno nie bardzo odległe od prawdy. Po pewnej trylogii jego kariera nie poszybowała pod niebo, zamiast tego oscylując między niskobudżetowymi gniotami i bardzo dobrym voice actingiem w niejednej kreskówce. Można w filmografii Hamilla znaleźć kilka (niemal) perełek, na przykład Worek na zwłoki i Wioskę przeklętych mojego ukochanego reżysera, Nocną eskapadę z Michaelem Dudikoffem, czy kultową tu i ówdzie Mutronikę. Gdzie jednak plasuje się taki Uciekinier w czasie (1993)? Odpowiedź brzmi: niestety, zaledwie w strefach średnich.

Jest rok 2022, a ludzkość radzi sobie całkiem nieźle. Rozbrojenie nuklearne, głównie za sprawą absolutnie wpływowego Prezydenta Świata, niemal całkiem już się dokonało, panuje dobrobyt, zaawansowane stacje kosmiczne krążą sobie wokół Ziemi, aż tu nagle – Obcy atakują! No i klops: obrona praktycznie nie istnieje, prucie do UFO z broni konwencjonalnej mija się z celem, gatunek ludzki staje więc na krawędzi zagłady. Ostatnią  nadzieją jest Michael Raynor, który cudem uniknąwszy likwidacji z rąk kosmitów, sprytnie wskakuje w wormhole, bardzo wygodnie wiszący sobie nieopodal w kosmosie, i przenosi się w czasie do zamierzchłej przeszłości – roku 1992. Wcale nie zostaje przyjęty na starych śmieciach z szeroko otwartymi ramionami: zaczynają za nim węszyć sadystyczni agenci rodem z Archiwum X, nie wiedzieć czemu lubiący miażdżyć ludziom głowy. Mają miejsce także inne ciekawe rzeczy: choć akurat nasz bohater jeszcze się nawet nie narodził, to już przyszły prezydent Neila poczyna sobie na scenie politycznej jako senator coraz śmielej.