Mark Hamill
wielokrotnie był nazywany aktorem jednej roli, co być może jest trochę krzywdzące,
ale i na pewno nie bardzo odległe od prawdy. Po pewnej trylogii jego kariera
nie poszybowała pod niebo, zamiast tego oscylując między niskobudżetowymi gniotami
i bardzo dobrym voice actingiem w
niejednej kreskówce. Można w filmografii Hamilla znaleźć kilka (niemal) perełek,
na przykład Worek na zwłoki i Wioskę przeklętych mojego ukochanego
reżysera, Nocną eskapadę z Michaelem
Dudikoffem, czy kultową tu i ówdzie Mutronikę.
Gdzie jednak plasuje się taki Uciekinier w czasie (1993)? Odpowiedź brzmi: niestety, zaledwie w strefach średnich.
Jest rok 2022, a ludzkość radzi sobie całkiem nieźle. Rozbrojenie nuklearne, głównie za sprawą
absolutnie wpływowego Prezydenta Świata, niemal całkiem już się dokonało, panuje
dobrobyt, zaawansowane stacje kosmiczne krążą sobie wokół Ziemi, aż tu nagle –
Obcy atakują! No i klops: obrona praktycznie nie istnieje, prucie do UFO z
broni konwencjonalnej mija się z celem, gatunek ludzki staje więc na krawędzi
zagłady. Ostatnią nadzieją jest Michael
Raynor, który cudem uniknąwszy likwidacji z rąk kosmitów, sprytnie wskakuje w wormhole, bardzo wygodnie wiszący sobie
nieopodal w kosmosie, i przenosi się w czasie do zamierzchłej przeszłości –
roku 1992. Wcale nie zostaje przyjęty na starych śmieciach z szeroko otwartymi
ramionami: zaczynają za nim węszyć sadystyczni agenci rodem z Archiwum X, nie
wiedzieć czemu lubiący miażdżyć ludziom głowy. Mają miejsce także inne ciekawe
rzeczy: choć akurat nasz bohater jeszcze się nawet nie narodził, to już przyszły
prezydent Neila poczyna sobie na scenie politycznej jako senator coraz śmielej.
![]() |
| "Can work anagrams as a deception great." |
A oprócz tego w tym
właśnie roku nakręcono Time Runnera,
co pomogło obniżyć budżet całego przedsięwzięcia – ten zupełnie obcy Raynorowi
świat wygląda jak typowa amerykańska prowincja, gdzie niemal nic się nie
dzieje, które to skojarzenie może dotyczyć całego filmu. To nie jest wyśmienita
rozrywka klasy B, na co liczyłem, reklamowana jako "jeden z najbardziej
wybuchowych dreszczowców science fiction
roku", a raczej taki sobie, porażająco niskobudżetowy akcyjniak SF, w
dodatku z niewielką ilością tej całej akcji, na domiar złego kryminalnie
marnotrawiący potencjał Briona Jamesa, który – w roli prezydenta – udziela się
w filmie marginalnie.
Reżyser był najwidoczniej świadom znikomej ilości nakręconego materiału, skoro podejrzanie często używa kompletnie nieuzasadnionego zwolnionego tempa, dzięki czemu czas projekcji wydłuża się o dobrych parę minut, nie dając niż w zamian. Dłużyzna wydłużona dłuży się najdłużej… Jedynym wątkiem trochę wynoszącym całość ponad przeciętność jest niewytłumaczalna umiejętność głównego bohatera do przewidywania wydarzeń mających nastąpić za kilka minut, dzięki czemu może wpływać nieco na bieg historii. Jak ją posiadł, nie wiadomo, widocznie samo przelecenie przez dziurę w tworzywie kosmosu przydało mu profetycznych właściwości, a żeby było ciekawiej, taka wizja objawia się przez otwarte w powietrzu okno, widoczne także dla kogokolwiek stojącego obok, zwiększając tylko zamieszanie. Dziwne, niezbyt mądre, ale przynajmniej urozmaicenie.
Reżyser był najwidoczniej świadom znikomej ilości nakręconego materiału, skoro podejrzanie często używa kompletnie nieuzasadnionego zwolnionego tempa, dzięki czemu czas projekcji wydłuża się o dobrych parę minut, nie dając niż w zamian. Dłużyzna wydłużona dłuży się najdłużej… Jedynym wątkiem trochę wynoszącym całość ponad przeciętność jest niewytłumaczalna umiejętność głównego bohatera do przewidywania wydarzeń mających nastąpić za kilka minut, dzięki czemu może wpływać nieco na bieg historii. Jak ją posiadł, nie wiadomo, widocznie samo przelecenie przez dziurę w tworzywie kosmosu przydało mu profetycznych właściwości, a żeby było ciekawiej, taka wizja objawia się przez otwarte w powietrzu okno, widoczne także dla kogokolwiek stojącego obok, zwiększając tylko zamieszanie. Dziwne, niezbyt mądre, ale przynajmniej urozmaicenie.
![]() |
| "I have a bad feeling about this." |
Znalazło się jednak trochę fajnych i często kiczowatych akcentów, wprawiających w wesołość, czego zawsze oczekuję od przaśnej, niskobudżetowej SF sprzed dziesiątków lat. Już na początku rozczuliło mnie słodkie "dziumg dziumg" laserowych dział krążowników obcych, jako żywo przypominające dźwięki otwierające pierwszą część wspomnianej trylogii. Potem, gry Raynor wskakuje w mały stateczek kosmiczny, a jego śladem rusza ufocki kolos, scena upodabnia się do tamtego filmu jeszcze bardziej. A gdyby tego było mało, konająca na rękach Michaela żona ostatnim tchem wypowiada słowa: "Jesteś naszą ostatnią nadzieją…" Jakiekolwiek podejrzenia o plagiat należy oczywiście uznać za wyjątkowo niesłuszne i krzywdzące, bo komu chciałoby się z premedytacją naśladować hiperprzebój z tym samym aktorem?
![]() |
| "Traveling through hyperspace ain't like dusting crops, boy!" |
Film oferuje też unikalną okazję, żeby posłuchać jak jakiś facet roztrząsa kwestie astrofizyczne wcinając hot doga, albo jak Hamill nonszalancko wzruszając ramionami tłumaczy komuś, że wormhole to tylko taki synonim podróży w czasie. A najbardziej podobały mi się odgłosy wystrzałów (których w całym filmie nie ma za wiele z powodu deficytu akcji): większość broni palnej ma dobry dźwięk, ale już taka śrutówka używana przez Raynora brzmi jak jakiś lichy pistolecik, co jest nawet trochę zabawne. No i ma strasznie mały rozrzut, bo nasz bohater nieodmiennie trafia w dowolny cel z odległości 10 metrów przy niemal każdej okazji. Dajcie mi więcej tego B-klasowego, tandetnego wdzięku, a będę szczęśliwy, jak oglądający głupoty 13-latek, którym byłem w momencie premiery! Niestety, takich rzeczy jest w filmie mało, a większość czasu ekranowego zajmują nudnawe rozmowy o przeznaczeniu i ingerencji w przeszłość, które to zagadnienia w tysiącach podobnych historyjek były roztrząsane w sposób znacznie ciekawszy.
![]() |
| "Great, kid! Don't get cocky!" |
Nie dziwi mnie, że Time Runner został już kompletnie
zapomniany, ponieważ nie tylko nie prezentuje ani jednego pomysłu, którego nie pokazał
nam już a to Terminator, a to The Time Guardian (ten akurat odszedł
w niepamięć niepotrzebnie – całkiem niezłe kino!) z Carrie Fisher (cóż za zbieg
okoliczności!), a to A.P.E.X.,
a to Trancers, a to… jakikolwiek inny film spod znaku tego typu rozrywki. To,
co w nim znajdziemy, przez większość czasu wcale kreatywnie przedstawione nie
jest. Nie jest też zaskakujące, że ani reżyser, ani nikt spośród licznych współscenarzystów
nie zrobił specjalnej kariery – chyba jedynym robiącym dziś w Hollywood coś zauważalnego
jest Greg Derochie, który porzucił (słusznie) pisanie scenariuszy, zamiast tego
zajmując się komputerowymi efektami specjalnymi do takich superprodukcji jak Żołnierze kosmosu, Spider-Man, Ghost Rider
czy Hancock. Ale ja nie lubię CGI,
więc niestety mało mnie to interesuje.
Ocena: 6/10.
Wnioski:
- więcej akcji, więcej fabuły, więcej czegokolwiek, do jasnej cholery,
- ale za to mniej podobieństw do innych filmów.
%2Bwiec.jpg)
%2Bwizja.jpg)
%2Bkr%C4%85%C5%BCownik.jpg)
%2Bshotgun.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz