Pomimo hucznych obietnic bardziej ambitnego Apokalipca, postanowiłem rozpocząć tegoroczną edycję od tandetnego ejtisowego kiczu. Wiem, jestem człowiekiem o słabej woli, ale cóż poradzę – te taniutkie imitacje Mad Maxa po prostu nigdy mi się nie znudzą. A jeśli nawet, to nieprędko. Dlatego bez szczególnego wstydu wziąłem na celownik film Desert Warrior (1988). I nie ukrywam, że wybrałem go z powodu samego plakatu. Wprawdzie porzekadło mówi o nie ocenianiu książki po okładce, ale nikt nic nie wspominał o filmach i plakatach, prawda?
Dwadzieścia lat po nuklearnej zagładzie (albo jakiejś innej, grunt że była III Wojna Światowa) niedobitki ludzkości próbują się jakoś ponownie zorganizować i stworzyć społeczeństwo oparte na czymkolwiek innym, niż barbarzyński terror i dzicz, które rządzą światem obecnie. Pomóc im w tym mają jakieś Drony, będące nie za bardzo wiadomo czym. A oprócz tego w intrygę wplączą się pustynni ninja, choć nie za bardzo wiadomo skąd się pojawią. Ale najważniejszą postacią dramatu jest Zerak, tytułowy pustynny wojownik, wplątujący się w tę nie do końca zrozumiałą dla mnie aferę wyjątkowo muskularny osobnik z opaską na oku. Która zresztą nie przeszkadza mu być strzelcem wyborowym. I odegra w tym wszystkim zaskakująco niebanalną rolę.
%20poster.jpg)
