Niezbyt często przyjmuję jakiekolwiek rekomendacje, czy to filmowe, czy książkowe, czy szczerze mówiąc jakiekolwiek inne. Wielokrotnie sparzyłem się na czymś takim i nauczyło mnie to, że raczej nie mogę ufać czyjemuś gustowi, ponieważ moje preferencje widocznie są tak nietypowe. Czasami jednak łamię tę regułę, muszą to jednak być wyjątkowe okoliczności. Tak było właśnie w przypadku The Brain, filmu o którym czytałem sporo na przestrzeni wielu lat, ale jednak jakoś się do tej pory nie złożyło go obejrzeć. I tu wkroczył Ryan, mój dobry koleżka ze Szkocji, człowiek o guście tyleż dobrym, ile wyjątkowo podobnym do mojego. Umówmy się, że powiem komplement nam obu za jednym zamachem: tak, podobny do mojego znaczy dobry. W taki sposób ustaliłem jaki film wyląduje na samym początku mojego maratonu horroru zaplanowanego – jak co rok – na październik. Stawka wydawała się nieco wyższa niż zazwyczaj, bo jeśli miałby okazać się porażką, jak z Ryanem spojrzymy sobie potem w oczy?
W pewnej wcale-nie-kanadyjskiej miejscowości źle się dzieje: przez do tej pory spokojną społeczność przetacza się fala morderstw i samobójstw, suto okraszonych malowniczymi halucynacjami. Nikt nie potrafi wytłumaczyć tego tajemniczego fenomenu, nawet gdy nastolatka zaciukuje matkę na śmierć nożyczkami, a potem wyskakuje oknem. Albo gdy na ogół pasywna żona znienacka przerzyna męża na pół piłą łańcuchową. W porównaniu z tym wszystkim jest dziecinną igraszką wyglądający na trzydzieści lat licealista o swojskim nazwisku Majelewski. Jego psikusy można co najwyżej porównać z Mahoneyem z Akademii Policyjnej, a jednak nauczyciele i rodzina podejmują decyzję, żeby posłać go na eksperymentalną terapię do mocno podejrzanego ośrodka naukowego, gdzie prowadzi się badania nad kontrolą umysłów. Acha, i nad wszystkim czuwa zajebiście wielki mózg z kosmosu. Czy to możliwe, żeby miało to wszystko cokolwiek wspólnego ze wszystkimi niewyjaśnionymi zgonami? (Spoiler: tak.)


%20poster.jpg)

