środa, 3 lipca 2024

Omega Cop (1990)

No dobra, zmiękłem. Przyznaję się bez bicia. Po latach reklamowania tego blogu jako miejsca, gdzie lata 80. nigdy się nie kończą, złamałem własne zasady i... obejrzałem film z następnej dekady. Wybaczcie, jeśli to dla Was zdrada, kompromitacja, pozerstwo, i Cthulhu wie co jeszcze. A stało się tak za sprawą pierwszej części dylogii o Jacku Travisie, Omega Cop. Czy było warto tak się skompromitować i zaprzedać swoje ideały? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

John Travis nie lubi kiedy jego oddział gliniarzy nazywa się Brygadą Bydlaków. W końcu stoją oni na straży porządku w świecie zdziczałym po apokalipsie spowodowanej ogromnymi rozbłyskami słonecznymi – z gatunku tych, co to wydają głośne świszczące dźwięki i powodują mutacje – a że z tego powodu ciągle trafia im się brudna robota, której nikt inny nie chce wykonać, to już nie ich wina. Ale nawet na takich zakapiorów jak oni przychodzi kryska: kiedy wychodzą ze schronu na patrol i próbują rozgromić grupę handlującą żywym towarem, giną wszyscy oprócz Travisa. Co gorsza, zostaje mu potem odmówiony powrót pod ziemię, bo zachodzi ryzyko, że oszalał od nadmiaru Słońca. A na domiar złego, bierze go na celownik przywódca gangu, dosłowny krwiopijca.

Jeśli film zaczyna się pogardliwym prychnięciem narratora wprowadzającego nas w świat przyszłości, od razu wiadomo, że jesteśmy w dobrych rękach – nawet człowiek opowiadający nam tę historię czuje do niej pogardę. A potem napisom początkowym towarzyszy wesoła i skoczna piosenka o podróżowaniu przez USA, co wydaje się trochę nie na miejscu w postapo. Teoretycznie można podejrzewać, że miała to być taka gorzka ironia, ale nie wiedzieć czemu nie podejrzewam reżysera tego dzieła o aż taką finezję artystyczną.

A ten cały Travis to taki twardziel, że nie zawaha się strzelić komuś w plecy. Choć zaraz, czy to rzeczywiście takie twardzielskie? Nieważne, dokonań Johna Travisa się nie kwestionuje. Co prawda, jedna piękna blondynka ma dość czelności, żeby mu to wytknąć, ale John Travis szybko ją pacyfikuje jakimś onelinerem. Bo to John Travis, a z nim się nie dyskutuje. Zwłaszcza kiedy trzyma w rękach swojego megashotguna, który potrafi jednym strzałem położyć pięciu chłopa. (Taka broń może niemal konkurować z Wyrównywaczem Dwa Tysiące, choć wiem, że zakrawa to na bluźnierstwo.) A oprócz tego uwielbia kopać facetów w jaja. Jest to wręcz jego wizytówka. Nie, żeby była to zła strategia, ale jednak budzi to sporo śmiechu. Jeśli film ten można nazwać kultowym, to część owego uwielbienia bierze się właśnie z tej Travisowej obsesji na punkcie robienia jajecznicy. Można znaleźć na YouTube montaże scen, w których dzieje się tylko to. Chyba można to nazwać pomniejszym kultem.

Dźwięk może budzić zastrzeżenia. Wydaje mi się, że co najmniej 75% dialogów zostało ponownie nagrane w studio, co zazwyczaj jest zarezerwowane dla aktorów nieanglojęzycznych. Tutaj prawie każdy został tak potraktowany, niezależnie od narodowości. (Trudno stwierdzić dlaczego, podejrzewam, że dźwięk nagrywano tak niechlujnie, że wymagał postprodukcyjnej poprawki.) Ale czasem wartstwa muzyczno-dźwiękowa zasługuje na uznanie. Na przykład kiedy Travis spuszcza łomot jakiemuś ulicznemu gagatkowi, który ośmielił się ukraść mu czapkę: każdy krytyczny cios synchronizuje się z głośnym „tąpnięciem” w muzyce. Całkiem to fajne, i przypomina mi trochę styl Johna Ottmana, często pełniącego podwójne obowiązki montażysty i kompozytora. Wątpię jednak, żeby czerpał on inspirację z dzieła kalibru Omega Cop. Może, gdyby reżyserem był Cirio Santiago...

Choć można na Travisa trochę ponarzekać, nie można mu odmówić okazjonalnego heroizmu, wszak ratuje uciśnione białogłowy o niesamowicie zgrabnych nogach jedna za drugą. Dosłownie co dwie sceny jakaś biedaczka zostaje przez niego wybawiona z rąk niedoszłych gwałcicieli. Kiedy jakaś kobieca postać została zamordowana, byłem zaskoczony – Jack nie zdążył jej uratować? Coś podobnego! A z drugiej strony, kiedy cała czwórka zostaje rozdzielona, bo Travis dostaje się na cały dzień w łapy oprychów, nie okazują nawet odrobiny radości, kiedy wraca cały i zdrowy. Oprócz zdawkowego „Gdzieś ty był?” nie mają nic do powiedzenia. Absolutnie niewdzięczne kobiety. Gdyby nie miały tak pięknych nóg, trudno byłoby im się zrehabilitować w moich oczach.

No, może trochę przesadzam. Damy z Omega Cop nie są takimi słabymi dziewojami jak to zazwyczaj bywa w kinie klasy B. Owszem, na początku zostają ocalone przez Travisa, ale potem już radzą sobie nienajgorzej. Kiedy znika owego feralnego dnia, same szukają bezpiecznej kryjówki, potrafią też osłaniać go z różnorakiej broni palnej, kiedy sam by sobie nie poradził. Nie powiedziałbym, że osiągają pełnię samodzielności, ale uzależnione od faceta na pewno też nie są. Mogło być gorzej. Zawsze cieszy, kiedy kobiece postacie dostają coś więcej do roboty niż tylko płacz i wzywanie pomocy. I pokazywanie nóg.

Wszyscy pamiętają ikoniczną sekwencję nieprawdopodobnie długiej bójki z Oni żyją Carpentera, w której Roddy Piper i Keith David naparzają się przez jakieś pięć minut, prawda? Dużo o niej napisano, zrobiono niejeden film na YouTube analizujący jak bardzo jest ona realistyczna etc. Reżyser Omega Cop chyba sobie zamarzył, żeby jej dorównać, albo wręcz prześcignąć, bowiem w pewnej scenie kazał Travisowi puścić się w pogoń za dzieciakiem, który skradł mu nóż, a pościg ten trwa... dwie minuty. Nie żartuję. Bite dwie minuty, kiedy na ekranie widać tylko faceta biegnącego za chłopakiem, a na ścieżce dźwiękowej słychać tylko muzykę i tupot ich butów. (Oczywiście dograny w postprodukcji.) Za cholerę nie jest to widowiskowe, realistyczne raczej też nie – Travis nawet się nie spoci, mimo że na dworze ponoć okrutnie gorąco – i jest to, delikatnie mówiąc, dziwne że ktoś podjął taką zastanawiającą decyzję. Czy miało to dodać filmowi długości? Trwa półtorej godziny, więc nie było tej potrzeby. Z drugiej strony, w pewnym momencie Travis ma kompletnie do niczego niepotrzebną retrospekcję, składającą się z fragmentów wczesnej sceny (w kolorze sepii, żeby było bardziej artystycznie), co rzeczywiście trąci przedłużaniem, więc kto wie. Przyznam, że trochę zabiło mi to ćwieka. To skojarzenie z Oni żyją może nie jest bardzo na miejscu, ale ponieważ tylko to przyszło mi do głowy, postanowiłem wspomnieć.

Strasznie późno, bo dopiero pod koniec, zorientowałem się, że faceta z dyspozytorni w schronie zagrał Adam West, czyli jeden z pierwszych Batmanów! Choć tutaj nie wysilał się zbytnio. Fakt, że właściwie cała jego rola to mówienie do mikrofonu, ale i tak miał niepokojąco niski poziom energii. Miał ponad 70 lat, więc może po prostu już się chłopak wyszalał i chciał odpocząć. Mimo wszystko fajnie, że ktoś tak znany i celebrowany pojawił się w czymś kalibru Omega Cop.

Całkiem nieźle się bawiłem na Ostatnim Glinie (chyba tak należałoby tytuł przełożyć), choć oczywiście należy brać poprawkę na fakt, że jest to kino strasznie bidne i niezdarne. Jeśli wierzyć Wikipedii, kosztowało raptem niecałe 200 tysięcy dolarów, więc można przymknąć oko na jedną czy dwie rzeczy. (Albo na sto.) Fabuła jest symboliczna, pretekstowa, niemal nieistniejąca, aktorstwo średnie, muzyka znośna. Niby nic specjalnego tu nie ma, a jednak czuje się, że to film z duszą. Zrobiła go grupka niezamożnych realizatorów, którzy naprawdę myśleli, że kręcą coś wartościowego. I ewidentnie zarazili takim myśleniem sporo ludzi, skoro świat doczekał się kontynuacji – bez jako takiego sukcesu finansowego nikt nie da zielonego światła na drugą część. A czy przerobię kiedyś na tym blogu Karate Cop? Możecie być tego pewni.

 

Moja ocena: 6/10.




Brak komentarzy: