sobota, 5 lipca 2025

DESERT WARRIOR (1988)


Pomimo hucznych obietnic bardziej ambitnego Apokalipca, postanowiłem rozpocząć tegoroczną edycję od tandetnego ejtisowego kiczu. Wiem, jestem człowiekiem o słabej woli, ale cóż poradzę – te taniutkie imitacje Mad Maxa po prostu nigdy mi się nie znudzą. A jeśli nawet, to nieprędko. Dlatego bez szczególnego wstydu wziąłem na celownik film Desert Warrior (1988). I nie ukrywam, że wybrałem go z powodu samego plakatu. Wprawdzie porzekadło mówi o nie ocenianiu książki po okładce, ale nikt nic nie wspominał o filmach i plakatach, prawda?

Dwadzieścia lat po nuklearnej zagładzie (albo jakiejś innej, grunt że była III Wojna Światowa) niedobitki ludzkości próbują się jakoś ponownie zorganizować i stworzyć społeczeństwo oparte na czymkolwiek innym, niż barbarzyński terror i dzicz, które rządzą światem obecnie. Pomóc im w tym mają jakieś Drony, będące nie za bardzo wiadomo czym. A oprócz tego w intrygę wplączą się pustynni ninja, choć nie za bardzo wiadomo skąd się pojawią. Ale najważniejszą postacią dramatu jest Zerak, tytułowy pustynny wojownik, wplątujący się w tę nie do końca zrozumiałą dla mnie aferę wyjątkowo muskularny osobnik z opaską na oku. Która zresztą nie przeszkadza mu być strzelcem wyborowym. I odegra w tym wszystkim zaskakująco niebanalną rolę.

Napisy początkowe okazały się wyjątkowo ekscytujące, mimo że nudno zrobione, towarzyszyła im bowiem muzyka tak niesamowicie emocjonalna i ekspresyjna, że aż niemal zacząłem podskakiwać na fotelu. Oczywiście, zagrana na jakimś tanim syntezatorze, bo jakżeby inaczej, ale to przecież stały punkt programu w tym gatunku. Nie miałem większych złudzeń, że reszta widowiska im dorówna pod względem atrakcyjności, ale trochę nadziei mi narobiły. Próżnej, bo muzyka w całym filmie jest raczej bidna. Nie tylko przygrywa dość rzadko, ale i bez szczególnego przekonania, jakby cała pompa poszła w początek, a potem już zabrakło pary, żeby to dalej pociągnąć, więc słychać tylko smętne pitu-pitu. Ta początkowa muzyczka powróciła dopiero w scenie finałowej batalii, zresztą wyjątkowo widowiskowej jak na ten film.


Mad Maxy były rzecz jasna często klonowane przez nieoryginalnych filmowców, ale z reguły tylko pierwsze dwa. Trzeci dużo rzadziej. Wreszcie się doczekał: pamiętna scena śmiertelnych potyczek pod tytułową Kopułą Gromu ma tutaj wierną kopię. Zdziczali „gladiatorzy” walczący na miecze w czymś przypominającym gigantyczny durszlak, podczas gdy spragniona widoku krwi publiczność skanduje i skanduje i skanduje na zewnątrz. Było? Było. Nietrudno się jednak domyślić, że Desert Warrior nie stoi na równie wysokim poziomie realizatorskim, co arcydzieło George’a Millera, dlatego też ta sekwencja budzi raczej politowanie, a w najlepszym razie śmiech. Co to jednak za problem dla fana tandety spod znaku postapo? Ja nie narzekałem. Przynajmniej zobaczyłem coś, czego w gatunku zazwyczaj nie widuję.

Moją szczególną uwagę zwróciła odzież. Zazwyczaj w tanich filmach akcji/SF/fantasy panowie mają imponujące zbroje czy pancerze, natomiast panie męczą się w upokarzająco skąpych kieckach albo metalowych bikini, co wywołuje – słuszne zresztą – protesty feministek. Desert Warrior wychodzi takim narzekaniom na przeciw: Ferrigno cały czas paraduje w dziwnych skórzanych majtkach, eksponując swoje niewątpliwe mięśniackie atuty, natomiast główna postać kobieca jest ciągle odziana w gustowne białe szaty, których nie powstydziłby się młody Luke Skywalker. Tak trzymać! Warto od czasu do czasu odwrócić ten szablon do góry nogami.


Scena wielkiej potyczki między armią Lou Ferrigno, grającego Zeraka, i pustynnych ninja dostarczyła mi zdecydowanie komediowej rozrywki. Mówimy o komedii niezamierzonej, rzecz jasna. Najpierw Lou przyjechał na miejsce akcji swoim głupim motorkiem z blaszaną osłoną, półnagi w dodatku, pokrzykując jakieś twardzielskie hasła, a potem zrobiło się jeszcze gorzej, to znaczy lepiej. Ludzie udający, że zostali postrzeleni, padający na ziemię, zanim oberwali, przy okazji eksplozji podskakujący sekundę za późno albo sekundę za wcześnie – no boki zrywać po prostu. Jeszcze trochę głupiej i wyglądało by to jak strzelaniny z Hot Shots 2. Takich właśnie uroczych rzeczy oczekuję w tanim postapo. W tym zawiera się czar i wdzięk tego gatunku moim zdaniem.

Niestety, fabuła szybko wytraca jakikolwiek pęd i zamienia się w ciąg niezbyt ekscytujących sekwencji, w których jakaś postać gdzieś idzie, zostaje napadnięta czy porwana, potem jest przez chwilę w niewoli, ktoś ją uwalnia albo uwalnia się sama, idzie czy jedzie gdzie indziej, po czym sytuacja się powtarza, tyle że na odwrót: teraz ta postać uwalnia kogoś zniewolonego i uciekają razem albo osobno, etc. A potem powtórka tego wszystkiego. I tak aż do trochę na siłę przyczepionego finału, z obowiązkowym „odejściem w stronę zachodu Słońca”. Trochę to nudne i trudne do wybaczenia nawet w tego typu filmowym przedsięwzięciu. Cirio Santiago, czego by o nim nie powiedzieć, na pewno by nie pozwolił, żeby w jego filmie tak długo nic ciekawego się nie działo.


Wyszło na to, że jednak z plakatami trochę jak z okładkami: nie wolno im ufać. Desert Warrior obiecywał twardą jak skała fujarę, a dał sflaczały balon. Tegoroczny Apokalipiec zaczął się bez szczególnych rumieńców, otworzyłem go bowiem filmem, którego najmniejszym problemem była jakość VHS, a to już samo w sobie o czymś świadczy. A przecież niskim budżetem się tego usprawiedliwić nie da – za te same pieniądze Santiago umiałby zrobić coś ciekawszego, wystarczyłby lepszy scenariusz, reżyseria i montaż. Talent jednak po raz kolejny okazał się czynnikiem decydującym.

No cóż, jedziemy dalej.

 

Moja ocena: 5/10.

 


 

Brak komentarzy: