poniedziałek, 1 sierpnia 2022

KONIEC APOKALIPCA 2022!


No i po maratonie. Choć wziąwszy pod uwagę jego niewielką długość, powinien raczej nazywać się sprintem – nie miałem dość energii i czasu, żeby obejrzeć więcej filmów niż trzy. Ale cóż, latka lecą, obowiązki narastają, mózg stopniowo zamienia się w galaretę, a to raczej uniemożliwia zbyt szalone filmowe ekscesy. Nie wspominając już o tym, że pisanie na ich temat dodatkowo podnosi poprzeczkę.

Jak by nie było, Apokalipiec zakończył się, wypada więc go podsumować. Zawarł się w trzech tytułach: The Aftermath, DEFCON 4 i Wheels of Fire. Każdy był co najmniej niezły, żaden nie był arcydziełem, niektóre były do siebie podobne. Ich oceny to kolejno 6, 6.5 i 8, co daje nam średnią 6.8, czyli prawie 7. A „siódemka” to dla mnie poziom dobry. Czyli maraton był udany.


The Aftermath wzruszył mnie chyba najbardziej, mimo że był najgorszy. A stało się tak ze względu na ogromną determinację jego głównego sprawcy, Steve’a Barketta, który po prostu uparł się, że zrobi se film. A że nie za bardzo umiał i nie miał pieniędzy, to tylko błahe detale. Wyszedł mały, prosty i szczery postapokaliptyczny obrazek, który słusznie doczekał się statusu kultowego. Barkett zrobił potem jeszcze tylko Empire of the Dark i nie ma możliwości, żebym go kiedyś nie obejrzał i tutaj nie omówił. Nie wiem tylko, czy osobno, czy jako część jakiegoś maratonu.

 

DEFCON 4 miał początek tak podobny do poprzedniego filmu, że miałem wręcz małe deja vu – rzadko kiedy zdarza się coś wyglądającego równie znajomo. Potem jednak poszedł w nieco innym kierunku, no i był po prostu o niebo lepiej zrobiony. Udział Christophera Younga w tym przedsięwzięciu był dodatkową zaletą. Całkiem dobra zabawa, nie tylko dla fana postapo.

 

Wheels of Fire! Gdzież ten film był przez całe moje życie? To z pewnością czarny koń tego maratonu. Gdybym obejrzał go, powiedzmy, 30 lat temu, zakochałbym się w nim bez reszty i do dziś oglądał go pasjami, radośnie surfując na fali nostalgii. Tak się niestety nie stało – nic straconego jednak, bo wreszcie go odkryłem i na pewno już nie zapomnę. Ostra jazda (dosłownie) bez trzymanki od początku do końca, fabuła jako wymówka dla spektakularnych sekwencji, prawdziwie intensywne kino akcji w sosie SF. I Young znów się popisał! Teraz na pewno będę musiał obejrzeć i dokładnie przeanalizować pozostałe filmy świętej pamięci Cirio H. Santiago, Filipińskiego reżysera, który zdawał się idealnie wyczuwać jak się robi podróbki Mad Maxa.

I to by było na tyle. Jestem naprawdę zadowolony: obejrzałem trzy fajne filmy postapokaliptyczne, każdy kolejny lepszy od poprzedniego, dość podobne, by pasowały do siebie, ale dostatecznie różne, żebym się nie nudził. Apokalipiec okazał się udanym przedsięwzięciem filmowo-blogowym. Życie jest piękne, mimo że rzeczywista apokalipsa czai się na horyzoncie.

To co, widzimy się za rok?

Brak komentarzy: