niedziela, 31 lipca 2022

APOKALIPIEC, CZ. 3: WHEELS OF FIRE (1985)


­Christopher Young?! Znowu się spotykamy! Kto by się spodziewał, że po zaskakującym występie na tym maratonie pojawisz się tutaj znowu? To była pierwsza myśl jaka mnie uderzyła, kiedy oglądałem napisy początkowe Wheels of Fire. A druga: to chyba najbardziej emocjonująca czołówka jaką w życiu widziałem! Dramatyczna muzyka, buchające płomienie, napisy sunące w moją stronę... Dużo się dzieje zanim jeszcze zacznie się coś dziać. Ten stan uniesienia towarzyszył mi zresztą przez następne półtorej godziny, bo ten film po prostu nie odpuszcza. Jak zacznie nakręcać szybką akcję, rzadko zdarzy mu się zwolnić. Wygląda na to, że nieżyjący już reżyser, Cirio H. Santiago, po prostu nie miał ochoty podchodzić do postapo w żaden inny sposób, bo podobnie można opisać inne jego filmy, na które zdarzyło mi się do tej pory natknąć.

Trace nie czuje się dobrze wśród homo sapiens. Być może dlatego odszedł od The Ownership, pokojowej organizacji próbującej zaprowadzić porządek po apokalipsie, jednocząc zagubionych na pustkowiu ludzi i pacyfikując wojujące ze sobą frakcje. Nudne to w końcu zajęcie dla takiego twardziela, który się kulom nie kłania, jest mistrzem walki wręcz, strzelcem wyborowym, a na dodatek jeszcze świetnym kierowcą. Muszą jednak ponownie skrzyżować szlaki, kiedy jego ukochana siostra Arlie, współpracująca z nimi, zostaje porwana przez okrutny gang dowodzony przez niejakiego Scourge’a. Żeby ją uratować, Trace jest gotów niebo i ziemię poruszyć, i biada każdemu, kto odważy się stanąć mu na drodze.

Hell on Wheels!
Hell on Wheels!

I tak rozpoczyna się pościg trwający właściwie do końca filmu, który nie mógłby się nazywać inaczej niż Wheels of Fire. Określić go mianem kina drogi byłoby obraźliwym eufemizmem – to raczej kino zawrotnej szybkości. Chyba nawet w (podówczas) trylogii o przygodach Maxa Rockatansky’ego nie było tak oszołamiająco gigantycznej ilości akcji: czy to gonitw, czy to strzelanin, czy to mordobić. Bynajmniej nie twierdzę, że jest od niej lepszy, co to, to nie, ale na pewno stara się z całych sił im dorównać, pod pewnymi względami nawet je przewyższa, nie kryjąc się jednocześnie ze swoim naśladownictwem, gdyż jest bezsprzeczne. Ale z drugiej strony czy w „Maksach” mieliśmy pokazany atak podziemnych mutantów kanibali? Czy któryś z nich kończył się autentycznie wojenną sekwencją z udziałem armat? I w końcu, czy Rockatansky uczył nas, że wystawianie gołej dupy przez okno samochodu grozi jej odstrzeleniem? Raczej nie, a chociażby te szczegóły pozytywnie wyróżniają Wheels of Fire na tle innych tego typu przedsięwzięć. Nawet wspomniany na początku Christopher Young dopasował się do tej całej widowiskowości, bo jego muzyka, bardzo nietypowo dla niego zresztą, jest bardzo dynamiczna i ekscytująca. I świetna jak zawsze.

ssss
"Aaa, noga! Szukacie nogi!"

Trace poznaje po drodze dwie ciekawe kobiety: łowczynię nagród Stinger, hodującą własnego sokoła, i telepatkę Spike. Każda z nich stwarza potencjał do jakiegoś wątku miłosnego, ale (oprocz przelotnego bzykanka) nasz bohater nie wydaje się być tym za bardzo zainteresowany, jego uwaga jest bowiem w 100% skupiona na próbach ratowania siostry. Jako radykalny zwolennik wartości rodzinnych, żeby wydobyć ją z rąk oprychów, jest gotów dziesiątki ludzi zastrzelić, wysadzić w powietrze, przerobić na naleśnik samochodem, a nawet spalić miotaczem ognia. Jest przez to trochę dziwny, bo z jednej strony robi wrażenie kompletnie beznamiętnego, a z drugiej strony obsesyjnie goni za siostrą. Jak dla mnie, człowiek albo jest się albo czułym i kochającym humanistą, albo zimnym sukinsynem. Ale cóż, skoro atomowa apokalipsa może uczynić kogoś telepatą albo podziemnym kanibalem, nie jest wykluczone, że miesza w głowach także na inne sposoby.

Może w innym czasie, w innym miejscu...

Muszę się w tym miejscu zwierzyć z czegoś trochę zawstydzającego: nie za bardzo wiem co jeszcze napisać w tym poście. Nie dlatego, że film mi się nie podobał, bo był zdecydownie najlepszy w tym maratonie. Ani na pewno nie dlatego też, że mam niewiele rzeczy do powiedzenia na temat mediów, które konsumuję. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Wheels of Fire nie opowiada fabuły językiem dialogów, mimo że jest w nim jakaś śladowa narracja. Nie wiem jednak czy można ją uznać za dobrą, bo właściwie niemal nie istnieje, a jej miejsce zastępuje sama akcja. Fabuła jest minimalistyczna, wręcz symboliczna. (Choć zmierza do celu pozornie krętą drogą – bohaterowie co rusz wpadają w przelotne tarapaty.) Bynajmniej nie jest to wada filmów typu Mad Max, bo takie produkcje to z reguły w dużym stopniu kino drogi (do tego szybko przemierzanej), ale stawia mnie to w kłopotliwej sytuacji – pojęcia nie mam co dalej powiedzieć.

Normalnie, to znaczy kiedy się nie próbuje swoich sił w blogowaniu o filmach, nie jest to żadnym problemem. Fajnie jest dać się ponieść filmowej przygodzie, która nie marnuje czasu widza na rozwlekłą ekspozycję, kiczowatą charakterystykę postaci czy niezamierzenie komiczne dialogi, a zamiast tego pędzi do przodu, wciąż i wciąż, coraz szybciej, nie zatrzymując się po drodze na żadne pierdoły. Gorzej, kiedy próbuje się o tym coś w miarę sensownego napisać. A już absolutnie najgorzej jest, gdy miało się absolutnie pozytywne wrażenia w trakcie oglądania i chce się podzielić nimi z czytelnikami, a w głowie pusto. Jedyne co zostaje to omówienie kilku technicznych szczegółów, które pozostawiają sporo do życzenia.

Jak wielu twardzieli, Trace cierpi na syndrom permanentnego grymasu.

Najgorszy jest tu dźwięk: wiele strzelanin i wybuchów brzmi naprawdę tandetnie, ale i tak są lepsze niż jakość nagrania dialogów. Nie tylko brzmią one słabo, ale czasem wręcz wyraźnie słychać (i widać), że jakiś aktor pochodzenia filipińskiego mówił coś po swojemu, a potem został zdubbingowany przez człowieka, który ewidentnie znajdował się w innym pomieszczeniu niż mikrofon. Irytuje to głównie w przypadku pewnego przydupasa Scourge’a, ale na szczęście, jak to siepacz czarnego charakteru, nie ma on dużo do powiedzenia. Drażnią też kiepskie ekspozycje wygłaszane przez kogoś spoza kadru, prawdopodobnie nagrane dużo później, kiedy reżyser zorientował się, że na ekranie dzieje się coś potencjalnie niezrozumiałego.

Wheels of Fire to spełnienie marzeń każdego fana niskobudżetowych filmów postapo. Ma wszystko, czego tylko można oczekiwać od naśladownictw Mad Maksa, i to takich najbardziej kreatywnych, zrobionych z pasją i szczerym przekonaniem. Fakt, że fabuła ustępuje miejsca akcji, raczej nie powinien być postrzegany jako wada. Rzadko kiedy tytuł jest tak idealnie dobrany – wszystko pędzi do przodu, zostawiając za sobą jedynie dymiące ślady opon. Teraz znam już kilka dzieł Santiago (przy czym Stryker był niemal równie dobry) i wiem, że będę zgłębiał jego filmografię dalej, poszukując kolejnych tego typu perełek, które niechybnie pojawią się na tym blogu. Nie miejcie co do tego żadnych wątpliwości.

 

Moja ocena: 8/10.

 


 

 

Brak komentarzy: