poniedziałek, 10 lipca 2023

Equalizer 2000 (1986)

Ostatnim filmem i zdecydowanym przebojem zeszłorocznego Apokalipca okazał się Wheels of Fire, o którego licznych zaletach miałem wtedy okazję się całkiem sporo porozwodzić. Ślubowałem wówczas, że świętej pamięci reżyser Cirio H. Santiago jeszcze nie raz pojawi się na tym blogu. Dlatego też postanowiłem obecną edycję maratonu rozpocząć właśnie od jego dzieła. Filipińczyk nakręcił sporo postapo, wybór nie był więc łatwy. Wiedziałem też, że na pewno nie każda pozycja będzie godna uwagi, a przecież internetowym „krytykom” nie zawsze można wierzyć. Po głębokim zastanowieniu zdecydowałem się na film pod absolutnie niesamowitym tytułem Equalizer 2000, czyli Wyrównywacz Dwa Tysiące. To wierne tłumaczenie, a nie żadna tam moja kwiecista reinterpretacja. Wyrównywacz Dwa Tysiące, czujecie to? Wyrównywacz Dwa Tysiące! Rzadko kiedy ludzki umysł tworzy wyrażenia brzmiące równie niebywale. Mam ochotę stanąć na dachu wieżowca i z rękami nad głową radośnie wykrzyczeć ten tytuł na całe gardło. Wyrównywacz Dwa Tysiące! Wyrównywacz Dwa Tysiące!

Niewielu jest takich twardzieli jak Slade. Imponujące muskuły, gęsta broda, twarde spojrzenie ciemnych oczu, niemal zerowa ekspresja – gdzie w postapokaliptycznym świecie można spotkać kogoś takiego? (To ironia, tak w ogóle.) Jego jedyną słabością jest miłość do taty, razem z którym służy w The Authority, faszyzującej organizacji wojskowej, usiłującej w zrujnowanym świecie twardą ręką odbudować jakąś namiastkę cywilizacji. Gdy ojciec zostaje porzucony przez swój oddział w trakcie starcia z rebeliantami, Slade skacze mu na ratunek. Nic szczególnie dobrego z tego nie wynika: tatuś ginie tak czy inaczej (zresztą z rąk swoich towarzyszy broni), a Slade zostaje uznany omyłkowo za dezertera i do tego ranny. Mimo to uchodzi z życiem, a niedługo potem jeszcze daje radę wyciągnąć z tarapatów piękną Karen, która w ramach podzięki zawozi go do kryjówki zamieszkanej przez kilku pozornie pokojowo nastawionych ludzi. Tak rozpoczyna się największa miłość w życiu Slade’a. Nie do tej przędsiębiorczej białogłowy jednak, lecz do budowanej przez mieszkańców najzajebistszej giwery na świecie. Nazywa się ona, jak być może zdążyliście się domyślić, Wyrównywacz 2000 i posłuży mu do wymierzenia zemsty i zaprowadzenia porządku na pustkowiach.

Spluwa ta jest przebłyskiem autentycznego geniuszu. Wygląda jak połączenie tak ze dwóch karabinów szturmowych z granatnikiem i chyba nawet śrutówką. Coś pięknego. Absurdalnego również, oczywiście, wszak żadna broń (ani jakakolwiek inna rzecz, jak by się tak chwilę zastanowić) nazywana Equalizer 2000, nie uchroni się przed własnym absurdem. (Zresztą, może powinienem zapisywać tę nazwę E2K, jak współczesne dzieciaki, które są cool.) Każda scena z udziałem tego cudacznego wynalazku to arcydzieło przaśnego kina klasy B. Wyrównywacz kosi, dziurawi, patroszy, wysadza w powietrze, nie wymagając przeładowywania, rzecz jasna. Jest do wszystkiego, jak szwajcarski scyzoryk. Położy pojedynczego łotra, położy cały pluton. Zrównuje z ziemią, można by powiedzieć. Z pewnością zasługuje na to, by stać się szyldem całego przedsięwzięcia – wokół czegoś tak cudacznego warto zbudować cały film. I tak się też stało. Mam zresztą silne podejrzenie, że Santiago najpierw wymyślił wspaniałą nazwę (być może w gorączkowym śnie), a dopiero potem sklecił na kolanie jakiś pretekst, który można by pod nią podpiąć. I wiecie co? Popieram takie podejście do działalności artystycznej w stu procentach. Zwłaszcza jeśli owocuje czymś na miarę Wyrównywacza Dwa Tysiące. Taki sen warto spełnić.

Rzeczą, która mnie kompletnie zaskoczyła, był fakt, że E2K dzieje się w tym samym uniwersum, co Wheels of Fire! Na to zdaje się wskazywać istnienie tego całego The Authority, bo organizacja o takiej samej nazwie pojawiała się także w tamtym filmie. Wtedy jednak była po stronie dobra (o ile dobrze pamiętam), teraz natomiast jest bezduszną militarną machiną, która, oprócz zabijania kogo popadnie, stara się zagarnąć dla siebie tyle ropy naftowej, ile tylko się da. Można to oczywiście wytłumaczyć przypadkową zbieżnością nazw, takim „recyclingiem” – skoro twórcy takich tanich filmików (w tym także sam Santiago) często wykorzystywali ujęcia (albo nawet całe sceny) ze starszych produkcji w nowszych, co to za problem ponownie wykorzystać jakąś generycznie brzmiącą nazwę? Ja mam jednak w głowie własne wytłumaczenie, zapożyczone z wiekopomnej sentencji „Władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie.” Mój head canon idzie tak: z początku The Authority była pożyteczna, bo zajmowała się pokojowym jednoczeniem rozrzuconych po pustkowiu postnuklearnych niedobitków, a jej działanie było zdecydowanie pozytywne. Kiedy jednak nabrała mocy, przywódcom odbiła sodówka i stali się okrutnymi tyranami, co z kolei nieuchronnie musiało doprowadzić do faszystowskiej metamorfozy. I proszę, w moim umyśle E2K jest udanym spin offem WoF – nikt mi nie zabroni w to wierzyć. A jeśli nawet zabroni, nie usłucham.

Jednym z fajniejszych akcentów jest pomniejszy czarny charakter o imieniu Deke. Już sama postać to fajny łotr, taki typowy skurwysyn z postapo, zdolny do najnikczemniejszych czynów, ale ważniejszy okazał się wcielający się w niego aktor. Tak gapiłem się na niego i gapiłem, i myślałem sobie, że trochę on podobny do Roberta Patricka, którego zawsze lubiłem, odkąd jako pamiętny T-1000 spuścił Schwarzeneggerowi niezłe manto w Terminatorze 2. A tu patrz: okazało się, że to właśnie on! Zawsze miło jest w tych starych, taniutkich filmidłach rozpoznać kogoś znajomego, to naprawdę zwiększa poziom zaangażowania w trakcie oglądania. Z satysfakcją stwierdzam, że Patrick już za młodu był naprawdę kompetentnym aktorem, zdolnym do zagrania małej, acz pamiętnej rólki. Choć to co najlepsze było dopiero przed nim.

Miło się też patrzyło na seksowną Corinne Wahl, kiedyś modelkę magazynu Penthouse, tutaj w roli rezolutnej Karen (o skórze i włosach podejrzanie nienagannych, jak na postapokalipsę), która nie tylko nie zawaha się wyskoczyć z ciuchów w odpowiednim momencie, ale i skopać komuś dupę potrafi. Charyzmatyczna, pomysłowa, odważna – twarda kobieta apokalipsy, nie dająca sobie w kaszę dmuchać. Gdyby tylko jej postać nie miała tak szablonowej trajektorii w tej opowieści... Przedmiotowe traktowanie pięknych dziewcząt zawsze było bolączką kina klasy B. Nie trzeba być wielkim feministą, żeby ubolewać nad kiepskim wykorzystaniem potencjału fajnej kobitki.

Niestety, film nie jest tak dobry jak WoF, ale to raczej nie zaskoczenie – cóż mogłoby dorównać tamtemu arcydziełu? Nie znaczy to jednak wcale, że jest zły. To po prostu solidna rozrywka, która pozwala miło spędzić półtorej godziny, ale raczej nie zapadnie w pamięć na równie długo jak tamta opowieść. Sam do końca nie rozumiem dlaczego, bo jest dużo bardziej widowiskowy. Pamiętacie jak zachwycałem się sceną bitwy na końcu WoF? Otóż ten się taką sceną zaczyna, i bynajmniej nie jest ona jedyna. Jest kilka takich sekwencji, a finałowa trwa aż dziesięć minut, więc możemy mówić o filmie niemal wojennym, a nie sensacyjnym. Jest też sporo akcji z miotaczami ognia. W WoF były raptem ze dwie, a tutaj smaży się żywcem kilkunastu ludzi w jakichś czterech sekwencjach. Dlaczego zatem Wyrównywacz kręci mniej niż WoF? Wydaje mi się, że przewagą tamtego było tempo. Jak pisałem rok temu, głównym „motywem” była tam prędkość, ruch, dynamika, te wszystkie pościgi pełne samochodowych akrobacji. Wydaje mi się, że to z reguły bardziej przykuwa uwagę niż wybuchy. (Przynajmniej moją.) Oba filmy zbytnio wyrafinowaną fabułą nie grzeszą, więc to właśnie lepsze tempo daje jednemu przewagę nad drugim. Gdybym miał to ująć najprościej, powiedziałbym, że Wyrównywacz jest głośniejszy, ale WoF intensywniejszy. Oczywiście, doskonale rozumiem, że innemu widzowi może się wydać dokładnie odwrotnie.

Taśma filmowa była chyba trochę za droga dla Santiago, bo ewidentnie nie wierzył w coś takiego jak powtarzanie ujęć. Jeśli ktoś się pieprznął w trakcie gadania, to trudno, jak wyszło, tak zostało. I jest takich momentów wiele. Jasne, można by to próbować tłumaczyć celowym reżyserskim zabiegiem, mającym na celu dodanie dialogom spontanicznego autentyzmu, jednak – z całym moim szacunkiem dla filipińskiego mistrza kiczu – szczerze wątpię, żeby Santiago sięgał po takie środki artystycznego wyrazu jak „realistyczne zająknięcie się”. Ale takie warsztatowe potknięcia tylko dodają niskobudżetowym dziełkom wdzięku. Słysząc coś takiego (i to nie raz) raczej szczerzyłem się w uśmiechu, zamiast z wściekłością.

Choć nazwa brzmi genialnie, nie za bardzo rozumiem dlaczego Wyrównywacz jest właśnie 2000. Film dzieje się „100 lat po nuklearnej zimie”. Czyżby miało to oznaczać, że owa „zima” trwała 1900 lat? Świat filmu nie wygląda mi na aż tak odległą przyszłość, choć oczywiście po apokalipsie czas może płynąć trochę inaczej dla resztek ludzkości. Prawdopodobnie ta liczba wydała się Santiago zajebista i to dlatego dodał ją do tytułu. Przyznam, że możliwość uznania przez kogoś liczby 2000 (czy jakiejkolwiek, szczerze mówiąc) za zajebistą jest trochę niepokojąca, choć w latach 80. było to na pewno bardziej zrozumiałe. Rok dwutysięczny wydawał się wtedy jeszcze tak odległy...

Mimo wszystko bawiłem się dobrze oglądając Equalizera 2000 i nie zamierzam omijać innych filmów Santiago w przyszłości – poznawanie jego twórczości na pewno stanie się tradycją na tym blogu. Można postawić im wiele zarzutów (O Boże, jak wiele!), ale na pewno nie są nudne. To jedyna obawa, którą mógłbym ewentualnie mieć – że któryś film tego reżysera mnie zwyczajnie znudzi. Póki co jednak się na to nie zanosi. Dlatego przygotujcie się na znacznie, znacznie więcej filipińskich wizji zagłady, widzianych oczami człowieka, który potrafił zrobić coś z niczego. I krzyczcie razem ze mną: Wyrównywacz Dwa Tysiące! Wyrównywacz Dwa Tysiące!

 

Moja ocena: 7/10.

Brak komentarzy: