Jak dla wielu fanów, także dla mnie przygoda z tym filmem zaczęła się całkowicie niewinnie i przypadkowo: jako dzieciak mniej więcej dziesięcioletni, buszowałem sobie w dziale horrorów miejscowej wypożyczalni, kiedy moim oczom ukazała się TA okładka. Dziś oczywiście raczej śmiesząca swoim wyjątkowo krzykliwym kiczem, wtedy jednak stawiała włosy na głowie – demoniczna twarz, szczerząca się złowrogim uśmiechem, wszędzie krew, niepokojąco zielonkawe niebo... Od razu było wiadomo, że muszę owo coś wziąć w ręce i jak najszybciej obejrzeć.
I tak się stało. Był to magiczny wieczór, który ukształtował całe moje przyszłe życie. Zrozumiałem, że horror może być jednocześnie autentycznie straszny i nieprawdopodobnie kiczowaty, i że oba te składniki wcale nie muszą kłócić się ze sobą. A wręcz przeciwnie: mogą stworzyć miksturę absolutnie wybuchową, która przypadnie do gustu zarówno kilkulatkowi, jak i dorosłemu, szukającego perły na śmietniku. Przedtem uważałem, że do wyboru są dwie opcje: albo poważny, przerażający, intensywny spektakl grozy absolutnej jak Martwe zło czy Hellraiser, albo jajcarska kpina pokroju Powrotu żywych trupów, czy jeszcze śmieszniej, Soku z żuka. Pożeracz Dusz otworzył mi oczy na trzecią możliwość i nie zapomnę mu tego do końca życia.
Kilka słów o fabule się należy, choć prawdę mówiąc nie jestem do końca pewien czy tak zwariowane dzieło powinno być sprowadzane do poziomu czegoś tak trywialnego jak streszczenie. Spróbuję jednak. Otóż rzecz się zaczyna gdy Tommy, młody chłopak bez większych życiowych perspektyw, dowiaduje się, że otrzymał w spadku średniej wielkości dom gdzieś pod lasem. Z nieznanych (jeszcze) powodów, wszyscy inni spadkobiercy zrzekli się swojej części natychmiast. Młodzieniec radośnie i beztrosko wprowadza się do starego gmachu wraz z narzeczoną Gwen i grupką ekscentrycznych przyjaciół. Szybko i boleśnie przekonują się, że kto przekroczy próg, natychmiast zostaje uwięziony we wnętrzu domu, a kto spróbuje się wymknąć, ginie w makabrycznych okolicznościach. Ocalałym dodaje trochę nadziei pewna nadnaturalna istota, która kontaktuje się z nimi w surrealistycznych wizjach obiecujących życie i wolność. Jest jednak pewien haczyk: muszą owemu podejrzanemu indywiduum ofiarować co najmniej jedną duszę. Nie wiedzą jednak którą wybierze, gdy wyrażą zgodę. I czy na pożarciu jednej poprzestanie. Od tego momentu wiadomo, że przynajmniej dla większości imprezowiczów dobrze się cała sprawa nie skończy, gdyż Pożeracz Dusz – bo to oczywiście o niego chodzi – nie cacka się z nikim, kto wejdzie mu w drogę. I bardzo chce również zostać uwolniony z przeklętego domu, gdzie spędził już setki lat. A jest bardzo, bardzo głodny.
Co się dzieje potem jest absolutną ucztą dla każdego fana oldskulowych horrorów klasy B. Przemoc, krew, groteskowe wizje, satanistyczne bluźnierstwa, nagość (ludzka i demoniczna), niewyobrażalnie szybkie tempo akcji... Nie ma mowy o nudzie przy Pożeraczu Dusz. Obłędna praca kamery, ujęcia wydające się niemożliwymi do wykonania, montaż i oświetlenie jeszcze dodające tego szaleństwa... Jest oczywiste, że reżyser brał korepetycje u Sama Raimiego, Briana De Palmy i Normana Vreughla, ale też i miał do zaoferowania liczne technologiczne innowacje. Choć debiutancki, film rzuca na kolana w pełni dojrzałą realizacją zdecydowanie pewnego siebie młodego twórcy. Nie ma tu sekwencji, która nie wnosiłaby czegoś istotnego, czy to do treści, czy do formy. Wszystko jest pieczołowicie zaplanowane i osiągnięte.
I tak dochodzimy do Tej Sceny. Tej która – przynajmniej w (jakże) wąskim kultowym kręgu – uczyniła film nieśmiertelnym. Spokojnie, nie zamierzam jej zespojlować. Byłoby to zresztą niemożliwe, nawet gdybym chciał: w końcu tym, którzy rzecz widzieli, niczego nie da się zepsuć, a dla wciąż niewtajemniczonych nawet dokładny opis nie przekaże ogromu szaleństwa i makabry zawartych w niesławnej sekwencji. Kiedy w użyciu są noga demona, mikser, przewod wysokiego napięcia, pojemnik z kwasem, ludzka twarz, młot kowalski, sznur, komplet noży, wyprute jelito i pluszowy królik, wiadomo że opisać się tego nie da – trzeba to po prostu na własne oczy zobaczyć. A nawet wtedy uwierzyć trudno.
Nie znaczy to, że wszystko działa jak należy. Do wielu detali można się przyczepić. I nie mam tu na myśli kwestii realizacyjnych (będących głównie skutkiem niskiego budżetu): dlaczego jakiś demon czasem wygląda jak zrobiony z gumy, a czasem jak z aluminium, a czasem jak z tektury, albo dlaczego krew zarżniętych postaci potrafi w niektórych scenach znienacka przybrać barwę różowo-pomarańczową. Chodzi mi raczej o problemy zapewne istniejące jeszcze na etapie powstawania scenariusza, albo wynikłe z fuszerek montażowych. Na przykład, skąd wzięła się jedna dodatkowa dziewczyna pojawiająca się w trzecim akcie, skoro nie było jej w grupie znajomych Tommy’ego? Dlaczego demon czasami może dotykać krzyża, a czasem nie? Jak wytłumaczyć całkowitą niespójność religijnych przekonań Gwen, które przecież odgrywają niezwykle istotną rolę w finale? I wreszcie: o co chodzi z tym dziadkiem, który na końcu filmu nagle zaczyna zanosić się złowrogim śmiechem?
Pytania te chciałoby się zadać człowiekowi znającemu wszystkie (lub większość) odpowiedzi, ale w tym przypadku jest to niemożliwe. Paul Apreelhus, który mógłby udzielić wyjaśnień, niestety został przedwcześnie odebrany całemu światu przeżywszy zaledwie 27 lat. W pierwszym tygodniu kwietnia 1992, na planie zdjęciowym nigdy nie ukończonego filmu, obiecujący reżyser zginął, zmiażdżony gigantyczną kukłą Czernoboga, demona planowanego jako postrach drugiej części Pożeracza Dusz. Początkowo miała być ona wykonana z masy papierowej, ale na własną zgubę Paul nalegał na stalową konstrukcję. „Na metalu farba krwiściej lśni” miał ponoć powiedzieć niepokojącym się o bezpieczeństwo członkom ekipy. Okazało się, że mieli zupełną rację. Nieliczne nakręcone sceny spłonęły w nigdy nie wyjaśnionym pożarze. Pożeracz Dusz II przepadł na zawsze.
Ech, aż się łezka w oku kręci jak pomyśleć gdzie byłby dzisiaj Paul Apreelhus, gdyby tak marnie nie skończył. Na pewno dokończyłby drugi film, a może nawet poszedł w trylogię: Pożeracz Dusz stałby dziś obok Nocy demonów i Martwego zła (tak, uważam że to trylogia, pocałujcie mnie w dupę) jako absolutna klasyka horroru demonicznego. Ba, może nawet doczekałby się wydania czymś bardziej zaawansowanym niż VHS. Znaleźć go dzisiaj jest niebywale trudno, zwłaszcza odkąd rozeszły się plotki o „klątwie” nałożonej na posiadaczy większej liczby kopii. Destrukcja magazynu przechowującego większość wyprodukowanych kaset, która miała miejsce w połowie lat 90., tylko przyczyniła się do popularyzacji tej miejskiej legendy. Sam nie potrafię opisać paniki, jaka wzbiera we mnie, gdy wyobrażę sobie, że nie miałem zapasowego Pożeracza, kiedy zalało mi kiedyś mieszkanie – to właśnie ta sporządzona na wszelki wypadek przegrywka uległa zagładzie w powodzi, a nie bezcenny oryginał, który obecnie przechowuję w miejscu absolutnie bezpiecznym. Ale nie powiem Wam gdzie: o kradzieżach tych kaset nasłuchałem się zbyt wiele jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Jeśli będziecie dla mnie mili, może przegram dla Was kopię, ale nie gwarantuję.
Pożeracz Dusz to film wyjątkowy. Niedoskonały, acz błyskotliwy, kultowy, choć niemal kompletnie nieznany, piękny, a zarazem porażający ohydną brzydotą, przerażający, ale i nieodparcie śmieszny. Oglądany dzisiaj robi chyba jeszcze większe wrażenie, niż ponad trzydzieści lat temu, częściowo zapewne z powodu legendy, którą zdążył w tym czasie obrosnąć. To że jest tak niszowy chyba dodaje mu uroku, bo jego fan (fanatyk?) może się poczuć autentycznie wyjątkowo, myśląc o swojej miłości do tego dzieła. Paul Apreelhus, gdziekolwiek teraz jest, z pewnością jest dumny z tego jak daleko zaszło jego odrażające dziecko.
Moja ocena: 10/10 i żałuję, że nie mogę dać więcej.

1 komentarz:
lol
Prześlij komentarz