środa, 20 lipca 2022

APOKALIPIEC 2022!


Raczej nie wygląda na to, żeby straszna Korona miała stać się przyczyną zagłady naszego gatunku, ale i tak strachu w ostatnich latach najedliśmy się co nie miara. I pewnie jeszcze sporo tego nieprzyjemnego uczucia będziemy musieli przełknąć, zanim cała zawierucha się skończy. Ale niezależnie przebiegu całej pandemii, tematyka postapokaliptyczna stała się bardziej popularna. Zupełnie jakby gatunek ludzki, węsząc własną, rychłą zagładę, starał się ją sobie uprzyjemnić poprzez oglądanie czy czytanie lekkich, rozrywkowych historyjek na ten właśnie temat. Może chce w ten sposób wmówić sobie, że zagłada może być jedynie fikcją? Albo że apokalipsa może być w gruncie rzeczy dobrą zabawą?

Jak by nie było, temat ten, przyciągający odbiorców co najmniej od lat 50., ostatnio zyskał na aktualności. I choć raczej nie mam zwyczaju iść z prądem bieżących wydarzeń, ja też zatęskniłem za kinem postapokaliptycznym. Postanowiłem zatem wskrzesić ten od dawna nieaktywny blog i wykorzystać go jako pole do moich przemyśleń na temat kilku filmów o tej tematyce. Oczywiście, wyłącznie takich z mojej ulubionej dekady, bowiem – jak widać na powyższym szyldzie – lata 80., w odróżnieniu od ludzkiej cywilizacji, nigdy się nie skończą.

Jednak ponieważ głupawe żarty się mnie trzymają, nie będzie to taki zwykły maraton. Wymyśliłem dla niego pewne jajcarskie podejście. Możecie tego o mnie nie wiedzieć, ale jestem wielkim wielbicielem gierek słownych, a zwłaszcza zbitek wyrazowych (portmanteau, jeśli chcecie być bardziej eleganccy) i dosłownie przy każdej okazji – ku utrapieniu mojego otoczenia – staram się je wymyślać. Jeśli nie wiecie co to takiego (co by mnie wcale nie zdziwiło, fanów słownych połamańców jest na świecie przygnębiająco mało), zbitki owe biorą się z połączenia dwóch lub więcej słów, które mają wspólne sylaby. (A przynajmniej ja, jako laik, tak to zjawisko rozumiem, językoznawcy mogliby się oburzyć.) Na przykład smoke i fog dały razem smog, który zakorzenił się w języku angielskim już ze sto lat temu. Pewnie nie raz też słyszeliście jakiegoś hipstera mówiącego, że musi się śpieszyć, bo jest umówiony na brunch.

Moje portmanteau są – według mnie, oczywiście – dużo lepsze, bo w końcu nie każdy człowiek podchodzi do zabawy słowami z takim poświęceniem. Wymyślam ich sporo, a niektóre posłużą mi jako tytuły filmowych maratonów na tym blogu, jeśli rzeczywiście uda mi się go zrewitalizować. Co powiecie na serię tekstów o filmach katastroficzych, pisaną któregoś kwietnia, i nazwaną „Katastrofiecień”? Albo o wojennych filmach rozgrywających się w Wietnamie, oglądanych w maju, pod nazwą „Wietnamaj”? Ale ponieważ akurat teraz cieszymy się wyjątkowo gorącym lipcem, postanowiłem nazwać ten maraton filmów postapokaliptycznych... Tak, zgadliście: Apokalipiec. Bo w te gorące dni chyba łatwiej będzie mi się wczuć w opowieści rozgrywające się głównie na pustyni, prawda? Ja uważam, że tak, i dlatego zaczynamy właśnie teraz.

Ile będzie tych filmów i tekstów? Na pewno nie jeden dziennie, bo skoro lipiec już się rozpoczął, oglądanie trzydziestu w trzydzieści dni jest niemożliwe. Ale postaram się przerobić ich tyle, ile się tylko da. Będą to wyłącznie filmy z lat 80. Produkcje z różnych krajów. Prawdopodobnie niezbyt wysokich lotów. Żadnego z nich do tej pory nie oglądałem. Proste zasady. Zaczynamy.



Brak komentarzy: