Mam dosyć duże ego. Ja nazwałbym to po prostu
silną osobowością, inni zarozumiałością, ale tak czy inaczej mam o sobie dosyć
duże mniemanie. Wiem, że to i owo potrafię zrobić. Co poniektóre rzeczy nawet
bardzo dobrze. Lubię, gdy ludzie przyznają mi rację. Tak, można powiedzieć, że
moje ego raczej nie narzeka na małe rozmiary. Daleko mi jednak do Steve’a
Barketta, który na początku lat 80. prawdopodobnie świata poza sobą nie
widział, uparł się bowiem zrobić film niemal w pojedynkę. Reżyseria,
scenariusz, produkcja, montaż, a przede wszystkim główna rola aktorska – zajął prawie wszystkie krzesełka. Inną sprawą jest czy miał talent do
czegokolwiek.
Pamiętacie puentę Planety Małp? Trudno sobie
wyobrazić, że nie. Steve Barkett musiał się zakochać w tej scenie, bo przerobił
ją na punkt wyjścia The Aftermath: pod długiej kosmicznej podróży dwaj astronauci,
Newman (Barkett właśnie, wyglądający trochę jak Tom Green) i Mathews (Larry Latham),
powracają na Ziemię, by ujrzeć jedynie opustoszałe ruiny ludzkiej cywilizacji.
Nie grasują po niej jednak uzbrojone w karabiny i jeżdżące konno, gadające
małpy, lecz coś w rodzaju zombie/mutantów/kanibali (niepotrzebne skreślić), okazjonalnie
napadających, zabijających i pożerających niedobitków ludzkości. Głównym
zagrożeniem jest jednak przemierzający zgliszcza gang Złych Ludzi (taki
postapokaliptyczny stereotyp), którzy może nie są ludożercami, ale gwałcić i
mordować to lubią. Na czele grupy stoi Cutter (w tej roli Sid Haig, zawsze
niezawodny w filmach klasy B), bezwzględny sadysta i psychopata, zdolny do
najgorszych bezeceństw. Zaszokowani tym wszystkim przybysze postanawiają wymierzyć
bandziorom sprawiedliwość, a przy okazji wygłosić kilka egzystencjalnych
monologów na temat sensu życia.
Grunt to intensywna plansza tytułowa.
Bidny ten film. Kosztował (ponoć) 250 tysięcy dolarów, a wygląda jakby to
było 10 razy mniej. Scenografia na pokładzie statku, którym rozbijają się
bohaterowie to trochę plastiku, tektury i migających światełek. Piloci siedzą
na udających fotele krzesłach, oczywiście bez pasów. (Po co zresztą mieliby je
mieć, skoro na pokładzie cały czas jest ciążenie?) Awaria to „malowniczy” snop
iskier i trochę dymu. Wiecie o co chodzi.
A mimo to, niektóre widoczki są naprawdę ładne!
Ale na pewno nie wiecie jak to jest kiedy w super taniutkiej produkcji
przygrywa muzyka niemal zwalająca z nóg, a tak właśnie jest w tym przypadku. Słyszałem
w filmach lepszą, ale nie słyszałem tak dobrej w tak błahym filmiku. Kompletnie
mi nieznany John Morgan tak niesamowicie dał czadu, że aż trudno uwierzyć. Jego
kompozycje zupełnie nie noszą znamion pośpiechu, oszczędności i bylejakości, a
zamiast tego ogromnie pompują napięcie, wyciągając dużo emocji ze scen, które
bez nich byłyby raczej nijakie. Inna sprawa, że często ta muzyka trochę nie pasuje
do sytuacji, jest na przykład zbyt wesolutka i energiczna kiedy na ekranie
dzieją się rzeczy straszliwe.
To jedna z łagodniejszych rzeczy.
A jest tych rzeczy zaskakująco dużo: The Aftermath to film niewyobrażalnie
brutalny, okrutny, momentami wręcz nihilistycznie sadystyczny. Od samego początku
epatuje gwałtami i masowymi mordami, nie szczędząc widzowi nawet głowy eksplodującej
jak arbuz na skutek strzału z shotguna. Główną winę za to ponosi właśnie Cutter,
który jest wzorcowym Złym Człowiekiem z Filmu Postapokaliptycznego. Charyzma i
talent Haiga czynią go idealnym czarnym charakterem: nawet łotry z
Mad Maxów mogłyby się od niego uczyć diabolicznego śmiechu i demonicznego
szczerzenia zębów.
No i jak go nie kochać?
Ale nie cały film jest taki. Gdyby nie okazjonalnie pokazywane akty okrucieństwa
popełniane przez Cuttera i może ze dwa ataki zombi/mutantów/kanibali, byłby to
niemal dramat. Pierwsze pół godziny jest bardzo nieśpieszne, ma melancholijny
nastrój, budowany częściowo przy użyciu długo ciągnących się spoza kadru monologów
Newmana. A skoro już o tym mowa: rany boskie, jaki ten facet jest (wewnętrznie)
gadatliwy. Niestety, jego wynurzenia często niczemu nie służą, na przykład wielce łaskawie opisują
nam to co się dzieje na ekranie, na przykład: „próbowałem wejść na szczyt”, „nie
zauważyłem żadnych ludzi” albo „zobaczyliśmy w oddali wieżę”. Nie wszystkie
opisy są zresztą złe, a te lepsze brzmią trochę tak jakby facet pisał powieść
zamiast robić film, bo robić filmów za bardzo nie potrafił. Występować przed kamerą
zresztą też raczej nie: wywoływał u mnie reakcje odwrotne od (chyba)
zamierzonych. Było mi go żal, kiedy próbował być twardy czy zabawny, śmiałem się
za to, gdy usiłował płakać.
No cóż, mogło być gorzej.
Choć większość efektów specjalnych jest marna, a scenografia to po prostu
wnętrza jakichś tam budynków, można w filmie zobaczyć kilka całkiem ładnych
postapokaliptycznych pejzaży, pokazujących co można zdziałać kiedy wykorzystuje
się matte painting jak należy. Nic w nich
szczególnie wyszukanego, ale swoją funkcję spełniają. Ewokują one ten nastrój,
który lubi każdy fan gatunku. Szkoda tylko, że jest ich tak mało.
Gadajcie co chcecie, ale mnie się to podoba.
Potrafilibyście zrobić lepsze?
Każdy koneser kina klasy B wie jednak, że takie rzeczy niekoniecznie muszą
być problemem, gdy do roboty bierze się człowiek z pasją. A był nim właśnie
Steve Barkett. Wiem, że chwilę temu troszkę się z niego podśmiechiwałem, ale daję
słowo, to było tak z życzliwością. Ten gość zasługuje na szacunek. The Aftermath
nie sprawia wrażenia „projektu ego”, a raczej przedsięwzięcia zaplanowanego i wykonanego
przez zapaleńca, który po prostu uparł się, że nakręci dzieło kinematograficzne
i nic nie mogło go powstrzymać. To zajmowanie wielu krzesełek na raz wynikało
bardziej z konieczności niż z próżności. A do pomocy zaprosił swoich najbliższych:
na przykład członków rodziny (w tym synka), a także swoją ówczesną dziewczynę, piękną
Lynne Margulies, obdarzoną wyjątkowo sterczącymi piersiami, co dzięki brakowi
stanika widać na ekranie niezwykle wyraźnie.
To za gapienie się na moje cycki!
(Z tymi dwiema osobami zresztą wyszło trochę śmiesznie. Newman przygarnia
małego chłopca o imieniu Chris, zupełnie jak jego prawdziwy dzieciak, nazywa go
tak przez część filmu, a potem znienacka przestawia się na zwracanie się do niego
per „synu”, co niby ma świadczyć o tym jak bardzo się z nim zżył, ale brzmi
trochę jakby nazywał go tak z przyzwyczajenia. Natomiast z cudną Lynne jest
jeszcze ciekawiej: gdy tylko nasz bohater uratuje ją z rąk bandytów, natychmiast
mu się oddaje, pokazując swe wdzięki w niemal pełnej krasie, bez żadnego
uwodzenia, czarowania, niczego. Zupełnie jakby jej chłopak napisał scenariusz,
czy co...)
Nigdy nie opalajcie się bez filtra.
Ponarzekałem trochę, ale muszę przyznać, że The Aftermath jest
rozbrajająco szczery i nakręcony z wielkim oddaniem. Steve Barkett bardzo, ale
to bardzo chciał zaistnieć na kinowej mapie świata jako twórca fantastyki
naukowej. Do pewnego stopnia mu się to udało: ten mały filmik dorobił się
kultowego statusu, wydano go na Blu-rayu, co nie każda produkcja postapo może o
sobie powiedzieć, a nawet jest wyświetlany na różnych pokazach, nadzorowanych
przez Barketta oczywiście. Jeśli posłuchać jak sam opowiada o historii jego powstania,
staje się jasne, że intencje miał jak najczystsze, a także że jest człowiekiem
ujmująco skromnym i bezpretensjonalnym, a przy tym dość elokwentnym. (Choćby
tu, w odcinku podcastu Splat From the Past.) Jeśli
jesteście w stanie przymknąć oko na niekiedy rażącą tandetę i skupić się na tym
co się udało, na pewno znajdziecie w tym filmie coś dla siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz