czwartek, 21 lipca 2022

APOKALIPIEC, CZ. 1: The Aftermath (1982)

Mam dosyć duże ego. Ja nazwałbym to po prostu silną osobowością, inni zarozumiałością, ale tak czy inaczej mam o sobie dosyć duże mniemanie. Wiem, że to i owo potrafię zrobić. Co poniektóre rzeczy nawet bardzo dobrze. Lubię, gdy ludzie przyznają mi rację. Tak, można powiedzieć, że moje ego raczej nie narzeka na małe rozmiary. Daleko mi jednak do Steve’a Barketta, który na początku lat 80. prawdopodobnie świata poza sobą nie widział, uparł się bowiem zrobić film niemal w pojedynkę. Reżyseria, scenariusz, produkcja, montaż, a przede wszystkim główna rola aktorska – zajął prawie wszystkie krzesełka. Inną sprawą jest czy miał talent do czegokolwiek.

Pamiętacie puentę Planety Małp? Trudno sobie wyobrazić, że nie. Steve Barkett musiał się zakochać w tej scenie, bo przerobił ją na punkt wyjścia The Aftermath: pod długiej kosmicznej podróży dwaj astronauci, Newman (Barkett właśnie, wyglądający trochę jak Tom Green) i Mathews (Larry Latham), powracają na Ziemię, by ujrzeć jedynie opustoszałe ruiny ludzkiej cywilizacji. Nie grasują po niej jednak uzbrojone w karabiny i jeżdżące konno, gadające małpy, lecz coś w rodzaju zombie/mutantów/kanibali (niepotrzebne skreślić), okazjonalnie napadających, zabijających i pożerających niedobitków ludzkości. Głównym zagrożeniem jest jednak przemierzający zgliszcza gang Złych Ludzi (taki postapokaliptyczny stereotyp), którzy może nie są ludożercami, ale gwałcić i mordować to lubią. Na czele grupy stoi Cutter (w tej roli Sid Haig, zawsze niezawodny w filmach klasy B), bezwzględny sadysta i psychopata, zdolny do najgorszych bezeceństw. Zaszokowani tym wszystkim przybysze postanawiają wymierzyć bandziorom sprawiedliwość, a przy okazji wygłosić kilka egzystencjalnych monologów na temat sensu życia.

Grunt to intensywna plansza tytułowa.

Bidny ten film. Kosztował (ponoć) 250 tysięcy dolarów, a wygląda jakby to było 10 razy mniej. Scenografia na pokładzie statku, którym rozbijają się bohaterowie to trochę plastiku, tektury i migających światełek. Piloci siedzą na udających fotele krzesłach, oczywiście bez pasów. (Po co zresztą mieliby je mieć, skoro na pokładzie cały czas jest ciążenie?) Awaria to „malowniczy” snop iskier i trochę dymu. Wiecie o co chodzi.

A mimo to, niektóre widoczki są naprawdę ładne!

Ale na pewno nie wiecie jak to jest kiedy w super taniutkiej produkcji przygrywa muzyka niemal zwalająca z nóg, a tak właśnie jest w tym przypadku. Słyszałem w filmach lepszą, ale nie słyszałem tak dobrej w tak błahym filmiku. Kompletnie mi nieznany John Morgan tak niesamowicie dał czadu, że aż trudno uwierzyć. Jego kompozycje zupełnie nie noszą znamion pośpiechu, oszczędności i bylejakości, a zamiast tego ogromnie pompują napięcie, wyciągając dużo emocji ze scen, które bez nich byłyby raczej nijakie. Inna sprawa, że często ta muzyka trochę nie pasuje do sytuacji, jest na przykład zbyt wesolutka i energiczna kiedy na ekranie dzieją się rzeczy straszliwe.

To jedna z łagodniejszych rzeczy.

A jest tych rzeczy zaskakująco dużo: The Aftermath to film niewyobrażalnie brutalny, okrutny, momentami wręcz nihilistycznie sadystyczny. Od samego początku epatuje gwałtami i masowymi mordami, nie szczędząc widzowi nawet głowy eksplodującej jak arbuz na skutek strzału z shotguna. Główną winę za to ponosi właśnie Cutter, który jest wzorcowym Złym Człowiekiem z Filmu Postapokaliptycznego. Charyzma i talent Haiga czynią go idealnym czarnym charakterem: nawet łotry z Mad Maxów mogłyby się od niego uczyć diabolicznego śmiechu i demonicznego szczerzenia zębów.

No i jak go nie kochać?

Ale nie cały film jest taki. Gdyby nie okazjonalnie pokazywane akty okrucieństwa popełniane przez Cuttera i może ze dwa ataki zombi/mutantów/kanibali, byłby to niemal dramat. Pierwsze pół godziny jest bardzo nieśpieszne, ma melancholijny nastrój, budowany częściowo przy użyciu długo ciągnących się spoza kadru monologów Newmana. A skoro już o tym mowa: rany boskie, jaki ten facet jest (wewnętrznie) gadatliwy. Niestety, jego wynurzenia często niczemu nie służą, na przykład wielce łaskawie opisują nam to co się dzieje na ekranie, na przykład: „próbowałem wejść na szczyt”, „nie zauważyłem żadnych ludzi” albo „zobaczyliśmy w oddali wieżę”. Nie wszystkie opisy są zresztą złe, a te lepsze brzmią trochę tak jakby facet pisał powieść zamiast robić film, bo robić filmów za bardzo nie potrafił. Występować przed kamerą zresztą też raczej nie: wywoływał u mnie reakcje odwrotne od (chyba) zamierzonych. Było mi go żal, kiedy próbował być twardy czy zabawny, śmiałem się za to, gdy usiłował płakać.

No cóż, mogło być gorzej.

Choć większość efektów specjalnych jest marna, a scenografia to po prostu wnętrza jakichś tam budynków, można w filmie zobaczyć kilka całkiem ładnych postapokaliptycznych pejzaży, pokazujących co można zdziałać kiedy wykorzystuje się matte painting jak należy. Nic w nich szczególnie wyszukanego, ale swoją funkcję spełniają. Ewokują one ten nastrój, który lubi każdy fan gatunku. Szkoda tylko, że jest ich tak mało.

Gadajcie co chcecie, ale mnie się to podoba.

Potrafilibyście zrobić lepsze?

Każdy koneser kina klasy B wie jednak, że takie rzeczy niekoniecznie muszą być problemem, gdy do roboty bierze się człowiek z pasją. A był nim właśnie Steve Barkett. Wiem, że chwilę temu troszkę się z niego podśmiechiwałem, ale daję słowo, to było tak z życzliwością. Ten gość zasługuje na szacunek. The Aftermath nie sprawia wrażenia „projektu ego”, a raczej przedsięwzięcia zaplanowanego i wykonanego przez zapaleńca, który po prostu uparł się, że nakręci dzieło kinematograficzne i nic nie mogło go powstrzymać. To zajmowanie wielu krzesełek na raz wynikało bardziej z konieczności niż z próżności. A do pomocy zaprosił swoich najbliższych: na przykład członków rodziny (w tym synka), a także swoją ówczesną dziewczynę, piękną Lynne Margulies, obdarzoną wyjątkowo sterczącymi piersiami, co dzięki brakowi stanika widać na ekranie niezwykle wyraźnie.

To za gapienie się na moje cycki!
(Z tymi dwiema osobami zresztą wyszło trochę śmiesznie. Newman przygarnia małego chłopca o imieniu Chris, zupełnie jak jego prawdziwy dzieciak, nazywa go tak przez część filmu, a potem znienacka przestawia się na zwracanie się do niego per „synu”, co niby ma świadczyć o tym jak bardzo się z nim zżył, ale brzmi trochę jakby nazywał go tak z przyzwyczajenia. Natomiast z cudną Lynne jest jeszcze ciekawiej: gdy tylko nasz bohater uratuje ją z rąk bandytów, natychmiast mu się oddaje, pokazując swe wdzięki w niemal pełnej krasie, bez żadnego uwodzenia, czarowania, niczego. Zupełnie jakby jej chłopak napisał scenariusz, czy co...)

Nigdy nie opalajcie się bez filtra.

Ponarzekałem trochę, ale muszę przyznać, że The Aftermath jest rozbrajająco szczery i nakręcony z wielkim oddaniem. Steve Barkett bardzo, ale to bardzo chciał zaistnieć na kinowej mapie świata jako twórca fantastyki naukowej. Do pewnego stopnia mu się to udało: ten mały filmik dorobił się kultowego statusu, wydano go na Blu-rayu, co nie każda produkcja postapo może o sobie powiedzieć, a nawet jest wyświetlany na różnych pokazach, nadzorowanych przez Barketta oczywiście. Jeśli posłuchać jak sam opowiada o historii jego powstania, staje się jasne, że intencje miał jak najczystsze, a także że jest człowiekiem ujmująco skromnym i bezpretensjonalnym, a przy tym dość elokwentnym. (Choćby tu, w odcinku podcastu Splat From the Past.) Jeśli jesteście w stanie przymknąć oko na niekiedy rażącą tandetę i skupić się na tym co się udało, na pewno znajdziecie w tym filmie coś dla siebie.

 

Moja ocena: 6/10




 

Brak komentarzy: