wtorek, 26 lipca 2022

APOKALIPIEC, CZ. 2: DEFCON 4 (1985)


Tym razem absolutnie fałszywa reklama: nic z tego nie pojawia się w filmie.
Podobieństwa nie są w postapokaliptycznych filmach klasy B niczym rzadkim. W końcu na jak wiele sposobów można opowiadać o zagładzie ludzkości? Ile podejść by nie wymyślić, będą prowadzić do mniej więcej tego samego. Czy to wojna atomowa, czy to broń biologiczna, czy klęska ekologiczna, każda z tych rzeczy spowoduje, że świat zacznie wyglądać jak w Mad Maksie. Nie uważam tego za wadę tych wszystkich klonów (i klonów do potęgi), w końcu sam fakt, że ciągnie mnie to postapo chyba wynika z tego, iż chcę oglądać historie do pewnego stopnia znajome. Nieczęsto jednak zdarza się, żeby jakaś historia miała tak niesamowicie podobny punkt wyjścia, jak kanadyjski DEFCON-4, który do pewnego stopnia mógłby być remakiem niedawno tutaj omawianego The Aftermath.

Troje astronautów na orbicie okołoziemskiej (tym razem dla odmiany jedna pani i dwóch panów) z przerażeniem obserwuje jak na ich ulubionej planecie wybucha coraz bardziej się zaogniający konflikt. Prowadzi on w końcu – jakżeby inaczej – do III Wojny Światowej. Po kilku miesiącach Howe, Jordan i Walker muszą lądować, gdy ich statek zostaje w tajemniczy sposób ściągnięty na coraz bardziej skażoną promieniowaniem Ziemię, gdzie z utęsknieniem czekają już na nich zagłodzeni kanibale, bandyci i faszyzująca paramilitarna horda. Znacie? No to posłuchajcie.

Nie jest to najbardziej ekscytująca plansza tytułowa.

Na szczęście po tym mocno znajomym początku film skręca we własnym kierunku, który może całkiem oryginalny nie jest, ale też i nie robi wrażenia kalki. Tym, co w nim uderza najbardziej, jest chyba brak jakiegokolwiek poszanowania dla ludzkiego życia i godności. Przemoc w filmach postapo nie jest bynajmniej niczym nietypowym, o zdziczenie gatunku ludzkiego przecież w nich chodzi, ale DEFCON-4 naprawdę podwyższa poprzeczkę. Nie chciałbym zdradzać zbyt wielu szczegółów dzieła – naprawdę potrafi zaskoczyć tym kto przeżyje, a kto zginie – więc powiem tylko że miałem w nim okazję obejrzeć jedną z najbardziej chwytających za serce scen egzekucji w historii. Nie wspominając już o traktowaniu kobiet jak towaru taniego i przechodniego. Albo siusianiu na kogoś, ot tak tylko, żeby go upokorzyć.

Przygotujcie się na coś takiego.

Film nie jest rewelacyjnie zrobiony, co w przypadku tej niszy raczej nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Budżet wyniósł jakiś milion dolców, czyli o wiele więcej niż kilka filmików postapo razem wziętych. Nie dziwne więc, że na przykład poziom scenografii skoczył z tragicznego do znośnego. (Zwłaszcza w porównaniu z The Aftermath.) Wnętrze satelity/statku/lądownika (czasem trudno było mi się połapać czym miał być ten ich kosmiczny habitat) wygląda całkiem porządnie, na pewno nie realistycznie, ale też i nie kłuje w oczy tandetą. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciwko tandecie w takiej rozrywce, wręcz witam kicz z szeroko otwartymi ramionami, niemniej gdy wszystko jest lepiej dopracowane, należy się wzmianka na ten temat.

Mogło być gorzej.

Film niestety powiela bardzo istotną wadę The Aftermath, a mianowicie brak solidnej konstrukcji. Pierwszy akt jeszcze jako tako trzyma się kupy: zwodnicza sielanka na pokładzie satelity, niepokojące sygnały z Ziemi (szczególnie wzruszające były wiadomości od żony Howe’a, która stopniowo godzi się z tym, że nigdy go już nie zobaczy), panika po wybuchu wojny, przygotowanie do lądowania awaryjnego... Wszystko to całkiem porządny, wyraźnie zaznaczony akt, potem jednak coś się psuje. Wydarzenia po prostu jakoś tak po sobie następują bez dobrze przemyślanych łączników, co znacznie burzy napięcie (którego na szczęście i tak sporo zostaje), w kolejności od biedy chronologicznej, mniej i bardziej ważne postacie giną bezceremonialnie, bez żadnego większego rezonansu (co po apokalipsie może i ma sens, ale mimo to można było z tego wydobyć więcej emocji). Trudno też było mi uwierzyć, że ludzie zamienili się w bezmózgich ludożerców (z jakiegoś powodu określanych mianem „terminali”) po raptem dwóch miesiącach od wybuchu wojny. Mocno podejrzewam, że masę materiału wycięto, a wielu scen wręcz nie nakręcono, i dlatego narracja jest tak poszarpana. Ale cóż, dobrze chociaż, że zakończenie jest dość zaskakujące, jak na standardy postapo. Obawiam się tylko, iż jest tak właśnie wskutek usunięcia wątków, które do niego prowadziły.

Aktorstwo z pewnością wyprzedza The Aftermath o całe lata świetlne. W tamtym filmie właściwie tylko Sid Haig robił duże wrażenie, w DEFCON-4 natomiast wszyscy odwalają kawał świetnej roboty. Howe, nasz główny bohater, został całkiem dobrze zagrany przez niestety nieżyjącego już Tima Choate’a, choć w środku filmu zrobiło się z niego takie trochę pasywne popychadło. Ale kto wie, może zbierał siły, żeby bliżej końca pokazać co potrafi, bo wtedy znów nabrał werwy – zarówno aktor, jak i postać. Kate Lynch jako Jordan wzbudziła we mnie największą sympatię, grając kobietę, która nie pozwala sobą pomiatać i do końca zachowuje dużo godności. Niewiele gorzej poradziła sobie Lenore Zahn w roli zadziornej i nieprzewidywalnej J.J., dziewczyny z autentyczną ikrą. Walker grany przez Johna Walscha pojawia się w zaledwie kilku scenach, ale i tak daje radę. Maury Chaykin, który zahaczył się tu chyba na fali popularności Gier Wojennych, wręcz zaszczyca ekran swoją obecnością – jego stoicki spokój, nawet w obliczu bezeceństw popełnianych przez otaczających go dzikusów, robi dużo większe wrażenie niż ich wrzaski i grymasy. (Nie wspominając już o jego gustownej szkockiej spódniczce.)

Grunt to spokój.

Wszyscy oni bledną jednak na tle (noszącego odpowiednio dobrane nazwisko) Kevina Kinga w roli Gideona, okrutnego przywódcy wspomnianych wcześniej niby-wojskowych. King, jako bezwzględny psychopata rządzący wygłodzoną zbieraniną jest po prostu znakomity, zostawiając daleko w tyle stereotypowych Złych Ludzi, których w gatunku zatrzęsienie. I osiąga ten efekt w sposób niezwykle stonowany, bez wrzasków, bez wierzgania i młócenia kończynami, jak typowe świrusy postapo. Jego siłą jest pełna samokontrola, zimne opanowanie, lekko cierpkie uwagi rzucane pod adresem przeciwników bez ostentacyjnego gniewu. Nie jest wulgarnym, gburowatym tyranem, a zamiast tego wysławia się elegancką angielszczyzną, do tego słuchając muzyki klasycznej. Pokazuje kulturalne oblicze, które prezentuje się skrajnie odmiennie od pozostałych postaci, a jednak potrafi potrząsać całą tą zgrają niedobitków ludzkości. „Przeżuwa scenerię”, jak niektórzy (zapewne ku strapieniu polonistów) mogliby to określić.

I wreszcie wiemy skąd wzięło się to powiedzonko!

Co dziwi i przyjemnie zaskakuje to fakt, że muzykę napisał nieoceniony Christopher Young (tutaj podpisujący się jako Chris), jeden z najlepszych i moich ulubionych kompozytorów filmowych w historii kina. Każdy fan horroru z pewnością rozpozna to nazwisko z niejednych napisów początkowych – Young sam przyznaje, że preferuje ten gatunek. Najpierw byłem trochę zdziwiony, że taki wirtuoz zaangażował się w gruncie rzeczy niepoważny projekcik, ale potem przypomniałem sobie, że to produkcja z 1985 roku. Nawet Koszmar z Ulicy Wiązów 2 miał mieć premierę dopiero za kilka miesięcy, a przełomowy dla Younga Hellraiser za dwa lata. Był to skromny początek jego kariery, brał więc każdą robotę jaka się nadarzyła i nie zaczął jeszcze wybrzydzać. Ale nawet do takiego głupiutkiego filmiku postapo podszedł ze stuprocentowym profesjonalizmem, zamiast odwalić pośpieszną fuchę. Tak przy okazji, część swoich nutek później „recyclował” w Zemście Freddy’ego, ale ponieważ były to fajne motywy, wybaczyłem mu bez zahamowań. Nie on jeden zresztą tak postępuje, każdy chyba kompozytor lubi od czasu do czasu przeszczepić swoje kompozycje z jednego filmu do drugiego, zwłaszcza jeśli pierwszy z nich nie znalazł większej publiczności. Ten, który automatycznie przychodzi na myśl to James Horner: elementy jego muzyki do pomniejszego wilkołaczego klasyka Wolfen łapały potem za serce na o wiele bardziej pamiętnej ścieżce dźwiękowej do Obcych: Decydującego Starcia. No a przecież omawiane tu dzieło z pewnością do klasyki kina nie dołączyło.

DEFCON-4 jest dziś niemal całkiem zapomniany, co wydaje mi się niesprawiedliwe. Ten skromniutki filmik daje więcej satysfakcji niż większość mu podobnych, nie wspominając już o tym, że pochodzi z kraju niezbyt mocno kojarzonego z tematyką postapokaliptyczną, w odróżnieniu od USA i Włoch. Decyzja reżyserów (których było aż trzech) aby opowiedzieć historię bardziej mroczną, nihilistyczną i drapieżną, niż było nam dane oglądać zazwyczaj, z pewnością wyróżnia go z tłumu. Dlatego warto go dzisiaj odszukać, by nadrobić swoje braki w znajomości gatunku i przekonać się, że Kandyjczycy nie gęsi i swoje postapo mają.

(I do jasnej cholery, to się powinno nazywać DEFCON 1 albo 2, zamiast 4! No i w ogóle DEFCON powinien się nazywać DEFRECON, co moim zdaniem brzmi dużo fajniej.)

 

Moja ocena: 6.5/10.

 


Brak komentarzy: