niedziela, 23 lipca 2023

Survivor (1987)

Jestem głęboko przekonany, że filmowcy powinni umieć się streszczać. Nie potrzeba mi za bardzo filmów trwających dwie godziny, nie wspominając już o trój- czy czterogodzinnych eposach. W końcu zwięzłość jest podstawą elegancji, czyż nie? W dodatku przesadnie długie filmy są zagrożeniem dla ludzkiego układu moczowego, bo strasznie nadwerężają pęcherze. Dlatego też po super krótkim Death Run, na kolejny film w Apokalipcu wybrałem również niedługi Survivor (1987). Na „króciaka” zawsze będę miał czas. A warto było ten czas znaleźć, bo okazał się naprawdę dobry.

Odkąd dziesięć lat temu powrócił z gwiazd, pewien bezimienny astronauta błąka się po zniszczonej przez wojnę Ziemi, bezskutecznie szukając dla siebie miejsca. Niby go nie brakuje, bo świat opustoszał, ale nigdzie nie może znaleźć domu. Drugiego człowieka spotyka zazwyczaj raptem raz na rok, ale dużo z tych spotkań nie wychodzi: z reguły musi go zabić w samoobronie, bo ludziom ufać nie wolno. (Zwłaszcza Szkopom.) Teraz jednak w jego życiu zajdą poważne zmiany, pozna bowiem wyjątkowo dużo ocalałych z pożogi osób. I tylko niektóre będą miały w sobie choć trochę człowieczeństwa. Do jego uszu dociera legenda o podziemnym mieście, edenie, w którym wody i jedzenia nie brakuje, gdzie naukowcy ponoć pracują nad odnową ludzkości. Tylko jak do niego dotrzeć?

Zresztą ten „Raj” od razu odsłania swoje niezbyt niebiańskie oblicze: astronauta jest świadkiem samobójstwa i wdaje się w pierwsze mordobicie raptem ze dwie minuty po wejściu. Niezły Eden. A zaraz potem jest brutalnie przesłuchiwany przez rosyjskiego sadystę mówiącego z jakiegoś powodu z niemieckim akcentem. Czyżby reżyserowi pomyliły się stereotypy okrutnego śledczego? To chyba powinien być Rusek. Nie żeby Szkopy nie umiały wyciskać z ludzi informacji, ale powszechnie wiadomo, że Kacapy są w tym jednak trochę lepsze.

Wielkim sukcesem ubiegłorocznego Apokalipca był niewątpliwie The Aftermath. Przypomniał mi się kolejny raz, bowiem Survivor miał niezaprzeczalnie podobny punkt wyjścia. Szybko jednak okazało się, że to film znacząco odmienny, dużo bardziej melancholijny i refleksyjny. Może nawet filozoficzny? Z pewnością nie jest to taki przaśny chłam (piszę to z czułością!) jak tamten. Właściwie od razu urzekł mnie swoim nieśpieszym rytmem, miał taki subtelny flow, kolejne sceny nie tyle wynikały z poprzednich, ile „wyłaniały” się nie do końca wiadomo skąd. Oglądanie było trochę jak trochę bardziej niż zazwyczaj koherentny sen, i to taki, z którego nie chcesz się zbudzić. Survivor z pewnością jest znacznie ambitniejszy niż schlock typu Death Run. (Którym też nie wzgardziłem, klaruję na wszelki wypadek.)

Monologi wewnętrzne bezimiennego ocalałego również wpadły mi w ucho, a okazał się on strasznym gadułą. Normalnie za czymś takim nie przepadam, takie pogaduchy z samym sobą często są dowodem braku umiejętności tworzenia porządnej ekspozycji. Kino powinno opowiadać obrazami, nie słowami. Tutaj jednak przyznam, że słuchałem z wielką uwagą: astronauta ciekawie monologizował, niegłupio, z cierpkim, cynicznym humorem. A pod koniec filmu zorientowałem się, że wręcz więcej gadał we własnej głowie niż na głos! Dość nietypowe proporcje.

No i dobrze, że tak je rozłożono, bo absolutnie najgorsza jest scena, w której naukowcy z miasta spychają na astronautę wielką lawinę ekspozycji. Jak już zaczynają gadać o historii tego całego Edenu, to nie przestają kłapać jadaczkami zdawałoby się przez wieczność. Żeby było gorzej, mówią z różnymi akcentami, ni to rosyjskim, ni to niemieckim, co w połączeniu z kiepską jakością dźwięku uczyniło ich wywody średnio zrozumiałymi. Może jeśli Survivor ukaże się na jakimś blurayu, solidnie zremasterowany, wtedy będzie można się uważniej wsłuchać. Póki co, jest to najsłabsza sekwencja.

Niewiele lepsza jest scena bijatyki na łańcuchach, na których postacie bujają się jak małpy, w przelocie zderzając się łapami czy nogami, a za wiele z tej potyczki nie wychodzi. Przypomniała mi trochę podobną scenę z Nieśmiertelnego III, również nienajlepszą. (Zresztą cała trzecia odsłona przygód Maclouda nie była zbyt udana.) W Galaktycznym Wojowniku Kurt Russell również naparzał się z jakimiś androidami czy cyborgami na łańcuchach i także tam było to średnio efektowne. Wychodzi na to, że mordobicie na łańcuchach się nie udaje, a filmowcy powinni raczej już z czegoś takiego zrezygnować. Chyba nawet już się tak stało, bo kiedy ostatnio coś takiego widzieliśmy? Może wreszcie jako cywilizacja odeszliśmy od takich głupot.

Zupełnie się nie spodziewałem, że urzekną mnie tak urokliwe pejzaże. Reżyser dobrze wiedział gdzie ustawić kamerę i o której porze dnia, żeby z ruin niemal całkiem wymarłego świata wydobyć sporo piękna. Na ekranie widać było istne cuda. To świadectwo faktu, że nawet mając budżet zbliżony do zerowego, można coś ładnego pokazać, pod warunkiem, że się wie w którą stronę skierować wzrok widza. Podziemnie miasto także cieszy oko swoim mrocznym, niemal dystopijnym wystrojem. Większość pracy odwalają snopy światła przenikające kłęby pary, ale co tam, i tak wygląda to wszystko prawie jak Los Angeles w Łowcy Androidów. (Takie bardzo low budget, ale jednak.) Dzięki temu na przykład finałowy pojedynen nabiera więcej nastroju. Na fakt, że po takie metody filmowcy sięgają bardziej z braku funduszy niż z powodu artystycznej wizji należy spojrzeć przez palce. Choć przy filmach tak tanich czasem tych palców może zabraknąć. (Nie wiem czy ta palczasta metafora ma sens, ale chyba wiecie o co mi chodzi.)

Od strony obsady najjaśniejszym punktem jest tu zdecydowanie Richard Moll, pamiętny Bull z sitcomu Night Court, no i mściwy duch/zombie z mojego ukochanego komediohorroru Dom. (Czemu świat o tym filmie zapomniał?) Jako oczytany, pełen erudycji psychopata Kragg, wygłasza egzystencjalne monologi o sensie ludzkiego życia, z wielkim apetytem zajadając przy tym scenografię. To uczta także dla widza. Szkoda, że nie miał więcej scen, bo te, które miałem okazję obejrzeć, nakręcono pewnie w jeden dzień, i to bez pośpiechu. Żałuję też, że to starcie dwóch filozofujących postaci nie przeradza się w pojedynek intelektualny, bo gdy Kragg zaczyna nawijać, nasz bohater przez większość czasu tylko słucha w milczeniu. Zwłaszcza, że obaj panowie już nie żyją, a mogliśmy mieć naprawdę nietypowo dynamiczną scenę z ich udziałem. Szybka akcja zdecydowanie nie jest specjalnością Survivor, dlatego pospolite naparzanie się po ryjach okazało się średnio interesujące, a w dodatku niezręcznie zainscenizowane. Trochę też dziwne, że gdy się tak pojedynkowali, cały świat zdał się im zejść z drogi. Naprawdę nikt się nie przyglądał, nie wspominając już o interwencji?

Przyznam, że Survivor nie tyle zrobił na mnie wrażenie, ile wprowadził mnie w nastrój – a to chyba jest większym osiągnięciem. (Jeśli to ma sens.) Oglądałem go mocno senny, więc nie przyswajałem w pełni wszystkiego, co było na ekranie, tylko tak płynąłem przez tę postapokaliptyczną opowieść, ale też i nie zasnąłem z nudów, co przy mojej chronicznej senności naprawdę o czymś świadczy. Niełatwo jest podtrzymać moją przytomność na jakimkolwiek poziomie. Coś w tym filmie jest, co tak jakby wprowadzało na inny poziom świadomości. Albo podtrzymywało ten poziom, na którym już wtedy byłem. Można powiedzieć, że zsynchronizował się on z moją aktywnością mózgową – dlatego właśnie utrafił w moje preferencje i dlatego przypadł mi do gustu. Jedno z największych odkryć tegorocznego Apokalipca.

 

Moja ocena: 7/10.

 

 

Brak komentarzy: