Ponieważ Cirio H. Santiago najwyraźniej jest świętym patronem Apokalipca, na kolejny film w maratonie wybrałem ponownie dzieło jego autorstwa. Tym razem miałem ochotę na coś zawierającego jakieś feministyczne akcenty, dlatego zdecydowałem się na The Sisterhood, który można by określić krótko jako „Mad Max w spódnicy”. Albo może raczej bez spódnicy, ponieważ piękne panie w nim występujące są zdecydowanie skąpo odziane. Poskąpiono również paru innych istotnych rzeczy, ale o tym później.
Jak się być może domyślacie, historia rozgrywa się wiele lat po apokalipsie. Zrujnowanym światem potrząsa armia agresywnych facetów, biorących wszystko co chcą i kiedy chcą. Jedyne osoby, które zachowały jakąś przytomność umysłu w całym tym bałaganie, to – rzecz jasna – kobiety. A najfajniejsze pośród nich to członkinie... Cholera, jak to nazwać? „Siotrzeństwa”? „Siosterstwa”? Zresztą, jak się zwały, tak się zwały, grunt że jest to stowarzyszenie pięknych kobiet, w dodatku obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami. Niewiele ich już na świecie zostało (przez większość czasu tak na oko ze dwie-trzy), ale i tak potrafią nieźle dać czadu walcząc z mizoginizmem. Kiedy dołącza do nich potrafiąca się telepatycznie komunikować ze zwierzętami młodziutka dziewczyna, której brat został niedawno zamordowany przez jednego z prymitywnych brutali, męski szowinizm nie ma szans.
Powiem to od razu: nie jest to wyjątkowo dobra pozycja, mimo Santiago u steru. To właśnie to, czego się obawiałem – film zrobiony naprędce, oczywiście super tanio, co samo w sobie nie jest jeszcze problemem, bo tego typu rzeczy z reguły nie są kosztowne, ale i bez tej energicznej i szczerej pasji, którą miał na przykład taki Stryker. Fabuła jest wyjątkowo prosta, nawet jak na tak minimalistyczny podgatunek kina jak postapo (a to naprawdę o czymś świadczy), wręcz czasem zdaje się nie istnieć, sceny po prostu następują jedna po drugiej i tyle całość jest płytka. Nie jest to jednak wielkim problemem, bowiem...
...Piękne panie! Jedna lepsza od drugiej. Wszystkie świetne. Niezbyt hojnie ubrane. Charyzmatyczne i nieustępliwe. Anatomicznie nienaganne. I nawet niezłe aktorki. Muszę przyznać, że z tym feministycznym zacięciem to trochę żartowałem, bo w końcu która feministka zaaprobowałaby taki właśnie mocno naerotyzowany sposób przedstawiania kobiecych postaci. Z kolei fabuła mocno sugeruje przesłanie typu girl power, więc tworzy się taki mały dysonans: niby prokobieca historia, ale opowiedziana w stylu preferowanym przez spoconych, lubieżnych samców, oglądających tandetne, stare filmy w ciemnych i dusznych pokojach. (Oczywiście, eee, nie mam tu nikogo konkretnego na myśli.) Nie do końca wiadomo, czy miało to na celu dowartościowanie siły płci pięknej, czy też cyniczną eksploatację jej fizyczności. Nawet czarny charakter robi raczej wrażenie faceta po prostu nie zrozumianego, zamiast złego, faceta który w każdej innej sytuacji byłby głównym bohaterem. Rezultat? Film, którego nie powinno się traktować zbyt poważnie, co w przypadku taniego postapo nie jest chyba większym problemem. A przynajmniej nie było dla mnie.
O tych kwestiach budżetowo-odzieżowych warto zresztą powiedzieć jeszcze kilka słów. Przez cały film piękna Marya (ta, co gada ze zwierzętami) nosi seksowne, obcisłe, wyraźnie nowe dżinsy. Wydaje się to trochę nie na miejscu po apokalipsie, zwłaszcza w kontraście z pozostałymi siostrami, które są niemal nagie. Skąd nowiutkie spodnie w świecie, w którym cywilizacja upadła? Ten zadziwiający paradoks wytłumaczyła mi jednak IMDb: otóż Santiago część dofinansowania pozyskał dogadując się... z firmą Levi’s. A konkretnie jej filipińską filią. Słynni spodniarze obiecali trochę szmalu, w zamian za to, żeby choć jedna atrakcyjna lejdi dumnie nosiła ich gatki i świeciła (odzianą) pupą przed kamerą ile wlezie. Wygląda to rzecz jasna bardzo efektownie, jeśli nawet trochę głupio, ale każdy fan taniego postapo, a w szczególności twórczości Santiago, dobrze wie, że na takie rzeczy za bardzo nie zwracał uwagi. Poza tym, unikalność takiego budżetowego-kostiumologicznego rozwiązania jest na tyle kuriozalna, że trochę trudno mi się gniewać. Ta inwencja realizacyjna dodaje oryginalności i uroku. Dlatego niniejszym obwieszczam: jeśli twój film jest sponsorowany przez fajne spodnie, wszystko wybaczam.
Może oprócz kiepskiej warstwy dźwiękowo-muzycznej. Dźwięk jest jak na razie absolutnie najniższej jakości w tej części twórczości Santiago, z którą miałem okazję się zapoznać. Nieważne, czy chodzi o odgłosy bijatyki, czy tętent końskich kopyt, czy zwykłe dialogi – prawie wszystko brzmi dość kiepsko. To ostatnie zmartwiło mnie szczególnie, ponieważ nasze panie lubią dużo pogadać w trakcie podróży, a przemieszczają się po pustkowiach głównie konno, często więc za cholerę nie słychać co mówią. A ja, kurczę, lubię wiedzieć co kobiety mają do powiedzenia! Zarówno w życiu, jak i w kinie. Muzyka, w poprzednich filmach reżysera bardzo dobra (zwłaszcza Christophera Younga do Wheels of Fire), tutaj jest raczej fatalna. Czasami brzmi nawet jak kiepska podróbka motywów z Dooma, i to tego pierwszego.
The Sisterhood także pod innymi względami samo siebie nie traktuje poważnie, bo chyba nie można mówić o powadze w przypadku takiego luzackiego połączenia gatunków, jak SF i fantasy, a to ostatnie zdecydowanie tu występuje. W ramach ekspozycji superpanie tłumaczą, że ich fantastyczne zdolności to nie skutek mutacji, tylko moce takie bardziej nadprzyrodzone, wręcz magiczne. (Co nie znaczy, że zabrakło tu kanibali-mutantów: oczywiście są, bo co to za postapo bez kanibali-mutantów?) Stąd gaworzenie ze zwierzakami, telekineza, czy strzelanie laserami z oczu. Nie wiem jak wam, ale mnie to się jednak bardziej kojarzy z mutantami niż czarodziejkami, no ale szkoda czasu na jałowe dyskusje na temat ich gatunkowej przynależności. Grunt, że dziewczyny zdolne są nadzwyczaj. A kiedy jeszcze odnajdą i natychmiast zarekwirują wojskowy pojazd opancerzony (który jakimś cudem nadal działa), akcja rusza z kopyta.
Średnio natomiast znają historię. Od czasu do czasu snują jakieś legendy o dawno zamierzchłych poczynaniach ludzkości, ale mocno wszystko idealizują. Sądzą na przykład, że kobiety za naszych czasów były dobrze traktowane i że przed wielką wojną były ogólnie szanowane, a mężczyźni nie mieli prawa nimi rządzić. Nie jestem pewien czy współczesne feministki by się z tym zgodziły, ale cóż, jakieś bajki do opowiadania muszą w tej przyszłości mieć. Nie rozumiem też dlaczego zmyśliły sobie taką właśnie wersję historii. Nie byłoby lepiej opowiadać o kobiecej udręce i o tym jak panie od stuleci musiały walczyć o swoje, aż musiały wykształcić sobie supermoce jak z komiksu, żeby walczyć ze wszechobecnym mizoginizmem? No, ale może mówiąc o przeszłości, mówią one o czasach z naszej perspektywy jeszcze nie nadeszłych, czyli ich historii, a naszej przyszłości. Bez podania czasu akcji nie da się tego stwierdzić. Ale nieważne. Najbardziej podobało mi się, że ten okres w historii nazywały Czasami Praprapramatek – niezłe!
I przynajniej niektóre z nich ustawiły sobie życie dzięki udziałowi w tej produkcji. Na przykład Barbara Patrick, onegdaj Hooper, jest żoną Roberta Patricka, o którym dopiero co wspominałem na tym blogu, jako że grał w poprzednim przerabianym przeze mnie filmie Santiago, Equalizer 2000. Nie wiem czy to dzięki radosnej twórczości Filipińczyka się poznali, istnieje spora szansa, że tak, ale ważne, że nadal są razem i chyba na brak szczęścia nie narzekają. Dlatego na własny użytek będę uważał, że kino postapo położyło kamień węgielny pod ich wieczną miłość. Fajnie, co nie?
Mam nadzieję, że The Sisterhood nie jest zapowiedzią poziomu późniejszej twórczości Cirio H. Santiago, bo wyraźnie zauważalny spadek formy jest trochę zasmucający, a mam sporo na liście zostało do obejrzenia. Można się na tym filmie nieźle bawić, ale jest to rozrywka co najmniej jeden szczebelek niżej niż Wheels of Fire, Equalizer 2000 czy choćby Stryker. Taniość produkcji, nienajlepszy scenariusz i słaby dźwięk odbierają dużo, a przecież mogło być tak wspaniale. Santiagowskie postapo, wzbogacone o feministyczny przekaz, strzelaniny, magię i hipnotyzujący widok kobiecych ud – to powinien być hit gatunku, a nie film zaledwie niezły. Ale i tak nie ma co za bardzo narzekać.
Moja ocena: 6/10.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz