Postanowiłem trochę pojechać po bandzie i zaraz po moim pierwszym feministycznym filmie postapo natychmiast obejrzeć następny. Nie ma ich w końcu aż tak wiele, więc kiedyś wypada je przyswoić. Czemu nie jeden po drugim? Dlatego na kolejny przystanek Apokalipca wybrałem She-Wolves of the Wasteland, znany też pod znacznie gorszym tytułem Phoenix the Warrior. Nie skończyło się to bardzo źle, ale mogłem trafić lepiej.
Przerąbane być samotną matką. Tym bardziej, gdy ma się rodzić pod przymusem, bo żyje się w postapokaliptycznej osadzie traktującej płodne kobiety jak klacze rozpłodowe. A w takiej właśnie sytuacji jest młodziutka Keela, marząca o trochę ciekawszym życiu. Szansa na to pojawia się, gdy zostaje uwolniona przez Phoenix, wojowniczkę pustyni, która się kulom nie kłania. Obie panie muszą uciekać przed chmarą złych bab, wysyłanych w ślad za nimi przez babę jeszcze gorszą – wstrętną, zniekształconą Pramatkę, ta bowiem wie, że Keela ma urodzić chłopca. Jest to niesamowitą rzadkością – po apokalipsie spowodowanej przez broń biologiczną, wszyscy faceci i większość kobiet wyginęła. (Jak dla mnie, całkiem fajny scenariusz wydarzeń – jestem mizantropem z odchyłką w stronę mizandrii – ale nie wszyscy podzieliliby moje zdanie.) Mieszkająca w komnacie wyłożonej przemysłowymi ilościami folii śniadaniowej starucha ma wobec dziecka wysoce niemoralne plany gastronomiczne, które trzeba za wszelką cenę pokrzyżować. A Cobalt, jej najbardziej zaufana tropicielka, za szczyt komizmu uważa ucinanie ludziom uszu, bo jest ich zapaloną kolekcjonerką. Nie, żeby odgrywało to ważną rolę w fabule: po prostu miałem ochotę o tym wspomnieć.
Choć wiem na pewno, że tak nie jest, niemal można by uwierzyć, że rzecz się dzieje w tym samym uniwersum, co The Sisterhood – jedna postać nazywa się nawet Pramatką. Co prawda, tam pramatki były niemal świętymi, a ta jest wredną, zmutowaną suką, obdarzoną mrocznymi mocami, ale skojarzenie pozostaje. Mogę sobie nawet wyobrazić jak się łączą. Któraś z posiadających nadprzyrodzone zdolności superkobiet oszalała z nadmiaru władzy i stopniowo stała się zła? Raczej nie, ale byłoby to interesujące, gdyby obie historie były ze sobą powiązane czymś więcej niż konceptem „feministapo”. (Tak, właśnie wymyśliłem nowe portmanteau. Nie obchodzi mnie, czy jest dobre, czy nie, i tak możecie się go spodziewać tutaj częściej.)
Znikomość budżetu (nawet w porównaniu z poprzednimi na tym blogu) jest uderzająca. I mówię to jako wielki fan taniości, a zdarza się, że i tandety. Jeśli więc nawet ja uważam, że film jest zrobiony słabo, coś w tym musi być. Aż dziw, że nie poszło to prosto na kasety, gdzie aż tak bardzo by to nie raziło. (Choć w zbyt wielu kinach też tego raczej nie pokazywano.) Dźwięk jest szczególnie kiepski: dialogi czasami są nagrane tak fatalnie, że trudno je zrozumieć, a sporadycznie słychać w tle szum przerywany cięciami montażowymi. Niekiedy jakby całe zdania były nagrane ponownie. Cirio Santiago by na coś takiego nie pozwolił. Za to muzyka świetna! Film jest upiększony chwytliwymi sentezatorowymi przygrywkami, które nigdy się nie nudzą. Dobre i to, choć dobra ścieżka dźwiękowa to nie tylko kompozycje.
Jak to chyba jest tradycją w „feministapo”, na ekranie nie brakuje intensywnego eksponowania piękna kobiecego ciała. Odsłonięte uda migają we wszystkie strony, dekolty też, i naprawdę nie jestem pewien, czy doktryna feminizmu uznałaby to za właściwie, czy nie. Na wszelki wypadek zakładam, że zaangażowane w produkcję panie nie miały nic przeciwko, że zostały dobrze opłacone, że były na planie dobrze traktowane, i postrzegały to jedynie jako celebrację urody płci pięknej, choć nie słabej. Co to, to nie: te panie kopią tyłki aż miło i mam nadzieję, że płacono im co najmniej pięćdziesiąt dolców dniówki.
Zwłaszcza nasza główna heroina, Phoenix. Nie dość, że piękna, seksowna i odważna, to jeszcze strzelec wyborowy, z gatunku takich, co to potrafią podrzucić właśnie jedzone jabłko, chwycić za broń, rozwalić kogo trzeba, a potem złapać jabłko zanim spadnie na ziemię i dalej konsumować. Po wyratowaniu kogoś z opresji odjedzie dumnie na białym rumaku. A rzucona na arenę, by walczyć z innymi zdziczałymi kobietami, oczywiście pokona każdą w kilkadziesiąt sekund. Odtwarzająca ją Kathleen Kinmont nie narzekała na brak urody, niestandardowo długich nóg i ekranowej charyzmy. Miło na nią popatrzeć nie tylko ze względu na anatomiczną perfekcję. Cieszy fakt, że zrobiła jako taką karierę w filmach średnich lotów, i że do dziś nieźle wygląda. Nie zdziwiłbym się, gdyby jeszcze kiedyś zawitała na tym blogu.
Trochę dziwna była scena, w której Phoenix i Keela podglądają jakieś gołe dziewczyny o pięknych piersiach i różnych kolorach skóry, kiedy te biorą prysznic pod wodospadem. Na ich widok zaczynają się z radości tak szczerzyć, że aż podejrzewałem przez chwilę, że mogą być lesbijkami, ale wcale nie. To co je tak ucieszyło? Nie żebym to potępiał, ja miałem wtedy na twarzy prawdopodobnie taką samą minę, ale jednak było to trochę zastanawiające. Jakby wycięto jakąś scenę czy dwie.
Gdzieś pomiędzy pierwszym a drugim aktem historia skacze pięć lat do przodu, choć oprócz pojawienia się na ekranie małego chłopca absolutnie nic na to nie wskazuje. Ot, tak po prostu Keela mówi do Phoenix: „Nikt nas nie widział od pięciu lat, może nas nie rozpoznają”, a obie dziewczyny wyglądają dokładnie tak samo. Fryzury, ciuchy, twarze, no i ciała mają identyczne, a mimo to miałyby się prześliznąć niezauważone przez niebezpieczną strefę? Nie było to zbyt przekonujące, nawet jak na taki niemądry filmik.
Szkoda, że nie wykorzystano potencjału dziwacznego plemienia nomadycznych maniaków telewizji, którzy komunikują się ze sobą za pomocą tytułów programów i seriali sprzed pokoleń. Można było wycisnąć z tego trochę więcej komizmu, bo pomysł był naprawdę nietuzinkowy i godny pogłębienia.
W ogóle niewykorzystany potencjał jest kluczowym pojęciem w kontekście tego filmu. Strasznie dużo rzeczy pojawia się i znika, zanim wyniknie z nich coś interesującego. Postacie mają swoją historię, która nagle się urywa, bynajmniej nie z powodu ich zgonu, tylko dlatego, że po prostu scenariusz o nich zapomina. Pomiędzy ostatnią sceną a epilogiem zdaje się brakować co najmniej pięciu minut materiału. Wziąwszy pod uwagę ogólną taniość całego przedsięwzięcia, wcale bym się nie zdziwił, gdyby niektórych scen w ogóle nie nakręcono, albo wycięto je, bo były tak nieudane, a nikt nie miał szmalu na to, żeby je ponownie nakręcić. Szkoda, bo to co zostało, jest niezłe.
Rozśmieszyła mnie scena walki, w której Phoenix napiernicza się z tajemniczą, zamaskowaną osobą, która nagle traci przytomność po otrzymaniu solidnego kopa w krocze. Tak, tak, w ten sposób okazuje się, że ma ona do czynienia z mężczyzną. (Swoją drogą, ciekawa metoda na sprawdzenie.)
Ten „Ostatni Prawdziwy Facet” to ma w tej historii naprawdę niewdzięczną rolę. Nie jeśli chodzi o wygląd: jest całkiem przyzwoity, taki solidny chłop, no i ma niebanalny wąchol, mimo że nie na poziomie mistrza Toma Atkinsa, świadczący niezbicie o byciu Prawdziwym Facetem. Jego motywacje są trochę niejasne, tak jakoś dołącza do pań w pewnym momencie i od tej pory razem się z nimi szlaja. I potrafi prowadzić samochód. Pada też ofiarą „wstecznego seksizmu”: np. jego krocze jest bezceremonialnie obmacywane w celu ustalenia płci ponad wszelką wątpliwość. No ale jest wtedy nieprzytomny, więc nie narzeka. Choć czy fakt braku świadomości osoby obmacywanej świadczy o obmacującej lepiej czy gorzej, to nie wiem. A gdy niewyobrażalnie wyposzczona kobieta go solidnie zerżnie, jest nazajutrz tak wyczerpany, że ledwo utrzyma kierownicę w rękach. Ale to i tak lepsze niż dalej tyrać w banku spermy, gdzie był zmuszany do składania wielokrotnych depozytów. Szkoda tylko, że w pewnym momencie po prostu wychodzi z filmu i nie wraca.
Przyznam, że trochę mnie niepokoi i smuci ta niemożliwa to przeoczenia zniżkowa tendencja, jeśli chodzi o poziom kolejnych pozycji w Apokalipcu. Wiem, że nie zawsze można trafiać na takie perełki jak Wheels of Fire, ale choćby coś na poziomie Wyrównywacza by się przydało. Jest możliwe, że choć jestem wielkim koneserem kina klady B, jednak uodparniam się na kiczowaty wdzięk tego typu produkcji. Mam nadzieję, że to nie to. Szkoda by było. Odkrywanie „nowych” filmów z tamtej epoki i tego typu zawsze dostarczało mi wielkiej radości, dlatego wolałbym nie utracić tej zdolności. Zwłaszcza, że tytułów do obejrzenia i omówienia tutaj jest bez liku. No cóż, pozostaje liczyć, że następne będą nieco bardziej udane, bo wolałbym, żeby Apokalipiec przetrwał nieco dłużej, niż dwa lipce.
Tak czy inaczej, może już wystarczy tego feministycznego postapo. Dotychczasowe przykłady były niezłe, ale nie aż tak dobre, żebym miał ochotę kontynuować w najbliższej przyszłości. Ostatnie czego bym chciał, to żeby nadmiar niewybitnych historii wywołał u mnie niechęć do tematu i przebudził mój głęboko uśpiony mizoginizm. Od następnego filmu powracam do kiczowatego machismo.
Moja ocena: 6/10.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz