czwartek, 20 lipca 2023

Death Run (1987)

To wiekopomna chwila. Mieliśmy na blogu filmy postapokliptyczne produkcji kanadyjskiej, filipińskiej i rzecz jasna USA, ale póki co żadnego z Wielkiej Brytanii. Pora była najwyższa to zmienić, co udało się przy okazji Death Run (1987), pierwszej produkcji z tamtych rejonów, którą zdarzyło mi się tutaj obejrzeć. Natomiast fakt, że jest to rzecz niskobudżetowa nie jest już żadnym ewenementem. Jednak niezwykle rzadko podlatują pod oczy dzieła tak wzruszająco taniutkie. Przy kosztach około dwudziestu tysięcy funtów, to już nie kino niskobudżetowe, ale podbudżetowe.

Paul i Jenny budzą się z hibernacji kilkadziesiąt lat po bliżej nieokreślonej apokalipsie. Nowy świat wita rodzeństwo z szeroko otwartymi ramionami – to znaczy, jeśli można tak określić kanibalizm, mutantów, psychopatów i ogólny upadek cywilizacji. Po krótkim okresie błądzenia bez celu, zostają pojmani przez ludzi Mesjasza, rąbniętego rzeźnika rządzącego grupką ocalałych. Co prawda, z pomocą przepięknej Barbary udaje im się zbiec, ale z pewnych powodów konieczne stanie się ponowne starcie z sadystą, a także wzięcie udziału w tak zwanym Śmiertelnym Biegu. To postapokaliptyczne połączenie krwawych igrzysk ze sportem stanie się nie lada wyzwaniem, także dla widza: wytrzeszczanie oczu całymi minutami może być męczące.

Takie filmy autentycznie mnie rozczulają. Całkowicie rozbrajają. Z jednej strony, kusi żeby je zmieszać z błotem, bo są autentyczną i dosłowną tandetą. Z drugiej – widać, że reżyser z całych sił starał się zrobić coś z niczego, bo naprawdę nie miał niczego pod ręką. Dosłownie: niczego. (Oprócz takich tanich chwytów jak tytuł dramatycznie wyszeptany na samym początku przez tajemniczego lektora.) Eksperymentował często z bardziej fantazyjną reżyserią, trochę może nawet jakby usiłował naśladować wczesnego Sama Raimiego. I pewnie po cichu liczył, że jego dzieło okaże się takim właśnie sensacyjnym odkryciem, a jego kariera wreszcie nabierze tempa, bo wcześniej nakręcił już sporo filmów, których nikt nie oglądał. (Nawet ja.) Na wszelki wypadek informuję, że tak się nie stało.

Nie rozumiem zresztą jak mógł nie stać się strasznie głośny taki film, w którym jest chyba najśmieszniejsza scena kanibalizmu w historii. Jest w niej komicznie nierealistyczna ucięta ludzka głowa, ewidentnie i bez cienia wątpliwości z gumy nawet nie próbującej kogoś nabrać. Ale na tym nie koniec! Także bijatyka, w trakcie której ktoś puszcza pawia, i to kilkakrotnie, a czegoś takiego to jeszcze nie widziałem. Tu powinienem odnotować, że o niejednym elemencie tego filmu mogę powiedzieć, że zetknąłem się z nim pierwszy raz w życiu.

Ten tytułowy „Śmiertelny Bieg” to już w ogóle kuriozum czystej wody, wymysł zaiste unikalny, zadziwiający i wymykający się tradycyjnej analizie. (Z rzadka odzywający się narrator lubi go tak bardzo, że aż szepcze tę nazwę spoza kadru kilka razy.) Przeżył go tylko jeden facet, w dodatku pozbawiony imienia, bo ponoć nigdy nie żył z nikim dość długo, żeby jakieś mu nadano – takie głupoty to się rzadko słyszy.Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. Niestety, nie znaczy to, że ów Bieg jest taki znowu genialny. Zapierdzielanie kilometrami, z ręką przykutą kajdankami to drutu, przy jednoczesnym oganianiu się przed bandziorami atakującymi z każdej strony? Nie, nie mogę powiedzieć, żebym kiedykolwiek widział coś podobnego. (No, chyba że nie połączone ze sobą w jedno.) Skłamałbym też, że chciałbym to zobaczyć w innych filmach, bo jest głupie. Ale credit where credit is due – to pomysł jeden na milion. Reżyser zdecydowanie też tak uważał, bo w myśl zasady “Najlepszą scenę zostaw na koniec”, trzymał widza w niepewności co do znaczenia tytułu aż do ostatnich dziesięciu minut. A propos samej końcówki: film zdaje się posiadać puentę, nie za bardzo jednak się orientuję co miała znaczyć. No, ale jest.

Mesjasz, główny czarny charakter to taki typowy łotr z postapo: faszyzująco/nazizujący psychopata, sprawujący za pomocą miniaturowej kuszy krwawe i bezlitosne rządy, jakby inspirowane Kaligulą. (W końcu który potwór przy władzy w tego typu filmach tego nie robi? To wręcz obowiązkowa zasada. Niektóre jego wypowiedzi brzmią trochę zbyt „Kaligulowo”, żeby był to zbieg okoliczności.) Odziany w pelerynę i dosłownie ze swastyką na ramieniu. (Słyszałem o noszeniu duszy w tym miejscu, ale o swastyce?) Słucha muzyki klasycznej z winylu, bo to najszybszy i najłatwiejszy sposób, żeby wywołać wrażenie intelektualisty. (Nawet jeśli nie stroniącego od mordu.) W dodatku obdarzony jest najohydniejszym językiem od czasu kiedy Freddy Krueger musiał wykonać pewien ważny telefon. Ze względu na jego ogólną prezencję powiedziałbym, że jest to najlepsza rola jakiej Richard Lynch nigdy nie zagrał. A powinien był. Dodałby jeszcze więcej tej niepokojącej energii, z której słynął w kinie klasy B. Lynch wielce się zasłużył w tanim kinie, ale jego ról nigdy dość. Tyle że przy budżecie 20 000 funtów wydanych na nakręcenie Death Run, nikogo nie byłoby stać na jego wynajęcie, bo honorarium wyniosłoby prawdopodobnie nawet ze dwa razy więcej.

Na osobną wzmiankę na pewno zasługuje Debbi Stevens, która być może jest najpiękniejszą kobietą apokalipsy. Rzadko kiedy, jeśli w ogóle, zdarzają się takie ślicznotki. Niemal nierealnie urodziwa twarz, szałowa fryzura, niesamowite nogi, super seksowne ciało. W dodatku zagrała naprawdę nieźle (przynajmniej jak na standardy niskobudżetowego postapo), ta jej Barbara zwróciła moją uwagę nie tylko cudnym wyglądem, ale i ogólną charyzmą. Nie wspominając już o idealnie czystych dżinsach i elegancko zadbanych włosach, co na tle zagłady ludzkości wygląda tyleż atrakcyjnie, co niesamowicie śmiesznie, szczególnie że dziewczyna mieszka praktycznie na złomowisku. Nie jest dla niej żadnym problemem zagrzać inne kobiety do walki z mizoginizmem, wypowiadając raptem ze trzy-cztery zdania. Potrafi też niezwykle skutecznie kopać męskie tyłki i nie daje sobą pomiatać, a gdy trzeba, bez wahania poderżnie komuś gardło, a nawet wbije kozik w gębę. (Jej nieskazitelna fryzura oczywiście pozostaje wtedy bez szwanku.) Bezdyskusyjnie będę musiał z myślą o tym blogu obejrzeć jeszcze jakieś filmy z jej udziałem. Choć zbyt wiele ich nie ma, znajdą się jakieś odpowiednie dla mnie, może nawet również w reżyserii Michaela Murphy’ego. Lubię, kiedy poznaję tu jakieś talenty, które potem spotykam znowu, niczym starych znajomych. To tacy wychowankowie Krypty Ciszy.

Całości przygrywa oczywiście tania muzyka syntezatorowa, a także niezłe rockowo/heavy metalowe piosenki zespołu Truffle. Jakoś trudno uwierzyć, że realizatorów było stać na zakup praw do cudzych kompozycji, więc albo sami napisali, albo dostali za darmo od muzyków, który może mieli złudną nadzieję, że ten film ich wypromuje. Albo po prostu ją ukradziono: to całkiem dobra metoda pozyskiwania czegoś kiedy się nie ma pieniędzy. Tak czy inaczej, ścieżka dźwiękowa brzmi dzięki temu dość nietypowo, a mnie tylko w to graj.

Jak już wspominałem, Death Run zwyczajnie mnie rozczulił. Dziełko stworzone przez małą grupkę zapaleńców, który może i nie mieli pieniędzy (i talentu do pewnego stopnia też), ale nie zabrakło im za to zapału i absolutnej determinacji, a niekiedy i kreatywności. Ludzie ci postanowili, że nakręcą film, no i swego dopięli. Kusi, żeby powiedzieć, że to nie jest prawdziwy film, no ale technicznie rzecz biorąc, jednak jest, choć przy tych raptem 70 minutach ledwo się on kwalifikuje jako pełnometrażowy. Ale co tam, dzięki temu każda scena coś ważnego ze sobą niesie, dlatego przynajmniej nie jest nudny. Bo nie stać go na to. Nuda kosztuje.

 

Moja ocena: 6/10.

Brak komentarzy: