sobota, 6 lipca 2024

America 3000 (1986)


Postapo, które tutaj przerabiam, zwykle jest bardzo poważne. A przynajmniej takie są intencje twórców: tandeta realizacyjna, liczne potknięcia, i ogólny brak sensu często prowadzą do komicznych rezultatów. Nie, żebym na to narzekał: w ten sposób rodzą się tak uwielbiane przeze mnie filmy tak-złe-że-aż-dobre. Kompletnie jednak zaniedbałem te, które próbują być zabawne z premedytacją. W tym roku postanowiłem to zmienić – tak wpadłem na pomysł, żeby obejrzeć America 3000, produkcję onegdaj niezmordowanych speców z Cannon Films. Kto będzie się śmiał ostatni?

Gdy w postnuklearnym świecie rządzonym przez kobity dwa chłopy dostają się do babskiej niewoli, nie jest im do śmiechu. Faszyzujące Frau są dla samców okrutne. Udaje im się jednak zbiec i schronić w unikanych przez panie skażonym rejonie, gdzie spotykają podobnych im zdziczałych facetów. Ze znalezionej na pustkowiu książeczki dla dzieci dowiadują się prastarych faktów o kobietach i mężczyznach. Tysiąc lat już minęło od wojny, po której obie płcie zaczęły ze sobą rywalizować jeszcze bardziej niż za naszych czasów. Czy uda się je ze sobą pogodzić na przestrzeni półtoragodzinnego filmidła?

środa, 3 lipca 2024

Omega Cop (1990)

No dobra, zmiękłem. Przyznaję się bez bicia. Po latach reklamowania tego blogu jako miejsca, gdzie lata 80. nigdy się nie kończą, złamałem własne zasady i... obejrzałem film z następnej dekady. Wybaczcie, jeśli to dla Was zdrada, kompromitacja, pozerstwo, i Cthulhu wie co jeszcze. A stało się tak za sprawą pierwszej części dylogii o Jacku Travisie, Omega Cop. Czy było warto tak się skompromitować i zaprzedać swoje ideały? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

John Travis nie lubi kiedy jego oddział gliniarzy nazywa się Brygadą Bydlaków. W końcu stoją oni na straży porządku w świecie zdziczałym po apokalipsie spowodowanej ogromnymi rozbłyskami słonecznymi – z gatunku tych, co to wydają głośne świszczące dźwięki i powodują mutacje – a że z tego powodu ciągle trafia im się brudna robota, której nikt inny nie chce wykonać, to już nie ich wina. Ale nawet na takich zakapiorów jak oni przychodzi kryska: kiedy wychodzą ze schronu na patrol i próbują rozgromić grupę handlującą żywym towarem, giną wszyscy oprócz Travisa. Co gorsza, zostaje mu potem odmówiony powrót pod ziemię, bo zachodzi ryzyko, że oszalał od nadmiaru Słońca. A na domiar złego, bierze go na celownik przywódca gangu, dosłowny krwiopijca.

wtorek, 25 lipca 2023

Dead Man Walking (1988)

Każdy wielbiciel kina klasy B ma swoich ulubionych aktorów permanentnie związanych z niskobudżetową rozrywką, jedynie sporadycznie pojawiających się w wysokoprofilowych filmach. Występ któregoś z nich w jakimś kawałku fajnego kiczu zawsze spotyka się z dużym aplauzem. Rzadko jednak zdarza się, żeby w jednej produkcji pojawiło się ich więcej na raz. Czymś takim okazał się dla mnie właśnie Dead Man Walking, gdzie miałem okazję ujrzeć zacne oblicza Wingsa Hausera, Briona Jamesa i Jeffreya Combsa. Czyli przynajmniej od strony obsady z pewnością czekała mnie prawdziwa uczta. Gdy jednak chodzi o resztę całego przedsięwzięcia, to gwarancji nie było.

Połowa ludzkiej populacji została wybita przez śmiertelny wirus. Reszta albo choruje, albo czeka na zakażenie. Bogacze żyją sobie w enklawach dla vipów, a zwykłe pospólstwo tłoczy się w odgrodzonych strefach, gdzie wirus nadal bezczelnie się panoszy. W dodatku ten plebs, zarażony ale jeszcze żywy, nabrał cech psychopatycznych, brzydkiego wyglądu i ogólnie jest fuj. Kto by tam chciał mieć z nimi do czynienia? Kobiety, rzecz jasna, stanowią tam towar tani i przechodni. A jedyne lokale rozrywkowe noszą takie wdzięczne nazwy jak Club Zero albo Cafe Śmierć. (Gdzie na klientów czekają dość ekstremalne rozrywki, a zaskakująco wiele osób może na siebie wpaść przez przypadek.) Nie jest to dobre miejsce, żeby paść ofiarą porwania, a właśnie to spotyka córkę pewnego bogatego przemysłowca. Leila dostaje się w łapy Deckera, psychopatyczno/psychotycznego nosiciela zarazy, który bez szczególnego powodu zaczyna ją wszędzie za sobą ciągnąć, po drodze zostawiając trupy. Chaz, chyba nieco bujający się w niej szofer, stawia sobie za punkt honoru wyrwanie dziewczyny z brudnych łap świra. Ponieważ jest jednak leszczem, musi wynająć do pomocy jakiegoś twardziela, dobrze znającego odgrodzony obszar, a najlepiej takiego, który nie boi się śmierci. A któż byłby lepszym kandydatem niż ekscentryczny macho o dużo mówiącym nazwisku Luger? Razem ruszają w głąb przeklętej strefy, gdzie okazuje się, że nie tyle oni tropią Deckera, co on ich.

niedziela, 23 lipca 2023

Survivor (1987)

Jestem głęboko przekonany, że filmowcy powinni umieć się streszczać. Nie potrzeba mi za bardzo filmów trwających dwie godziny, nie wspominając już o trój- czy czterogodzinnych eposach. W końcu zwięzłość jest podstawą elegancji, czyż nie? W dodatku przesadnie długie filmy są zagrożeniem dla ludzkiego układu moczowego, bo strasznie nadwerężają pęcherze. Dlatego też po super krótkim Death Run, na kolejny film w Apokalipcu wybrałem również niedługi Survivor (1987). Na „króciaka” zawsze będę miał czas. A warto było ten czas znaleźć, bo okazał się naprawdę dobry.

Odkąd dziesięć lat temu powrócił z gwiazd, pewien bezimienny astronauta błąka się po zniszczonej przez wojnę Ziemi, bezskutecznie szukając dla siebie miejsca. Niby go nie brakuje, bo świat opustoszał, ale nigdzie nie może znaleźć domu. Drugiego człowieka spotyka zazwyczaj raptem raz na rok, ale dużo z tych spotkań nie wychodzi: z reguły musi go zabić w samoobronie, bo ludziom ufać nie wolno. (Zwłaszcza Szkopom.) Teraz jednak w jego życiu zajdą poważne zmiany, pozna bowiem wyjątkowo dużo ocalałych z pożogi osób. I tylko niektóre będą miały w sobie choć trochę człowieczeństwa. Do jego uszu dociera legenda o podziemnym mieście, edenie, w którym wody i jedzenia nie brakuje, gdzie naukowcy ponoć pracują nad odnową ludzkości. Tylko jak do niego dotrzeć?

czwartek, 20 lipca 2023

Death Run (1987)

To wiekopomna chwila. Mieliśmy na blogu filmy postapokliptyczne produkcji kanadyjskiej, filipińskiej i rzecz jasna USA, ale póki co żadnego z Wielkiej Brytanii. Pora była najwyższa to zmienić, co udało się przy okazji Death Run (1987), pierwszej produkcji z tamtych rejonów, którą zdarzyło mi się tutaj obejrzeć. Natomiast fakt, że jest to rzecz niskobudżetowa nie jest już żadnym ewenementem. Jednak niezwykle rzadko podlatują pod oczy dzieła tak wzruszająco taniutkie. Przy kosztach około dwudziestu tysięcy funtów, to już nie kino niskobudżetowe, ale podbudżetowe.

Paul i Jenny budzą się z hibernacji kilkadziesiąt lat po bliżej nieokreślonej apokalipsie. Nowy świat wita rodzeństwo z szeroko otwartymi ramionami – to znaczy, jeśli można tak określić kanibalizm, mutantów, psychopatów i ogólny upadek cywilizacji. Po krótkim okresie błądzenia bez celu, zostają pojmani przez ludzi Mesjasza, rąbniętego rzeźnika rządzącego grupką ocalałych. Co prawda, z pomocą przepięknej Barbary udaje im się zbiec, ale z pewnych powodów konieczne stanie się ponowne starcie z sadystą, a także wzięcie udziału w tak zwanym Śmiertelnym Biegu. To postapokaliptyczne połączenie krwawych igrzysk ze sportem stanie się nie lada wyzwaniem, także dla widza: wytrzeszczanie oczu całymi minutami może być męczące.

wtorek, 18 lipca 2023

She-Wolves of the Wasteland (1987)

Postanowiłem trochę pojechać po bandzie i zaraz po moim pierwszym feministycznym filmie postapo natychmiast obejrzeć następny. Nie ma ich w końcu aż tak wiele, więc kiedyś wypada je przyswoić. Czemu nie jeden po drugim? Dlatego na kolejny przystanek Apokalipca wybrałem She-Wolves of the Wasteland, znany też pod znacznie gorszym tytułem Phoenix the Warrior. Nie skończyło się to bardzo źle, ale mogłem trafić lepiej.

Przerąbane być samotną matką. Tym bardziej, gdy ma się rodzić pod przymusem, bo żyje się w postapokaliptycznej osadzie traktującej płodne kobiety jak klacze rozpłodowe. A w takiej właśnie sytuacji jest młodziutka Keela, marząca o trochę ciekawszym życiu. Szansa na to pojawia się, gdy zostaje uwolniona przez Phoenix, wojowniczkę pustyni, która się kulom nie kłania. Obie panie muszą uciekać przed chmarą złych bab, wysyłanych w ślad za nimi przez babę jeszcze gorszą – wstrętną, zniekształconą Pramatkę, ta bowiem wie, że Keela ma urodzić chłopca. Jest to niesamowitą rzadkością – po apokalipsie spowodowanej przez broń biologiczną, wszyscy faceci i większość kobiet wyginęła. (Jak dla mnie, całkiem fajny scenariusz wydarzeń – jestem mizantropem z odchyłką w stronę mizandrii – ale nie wszyscy podzieliliby moje zdanie.) Mieszkająca w komnacie wyłożonej przemysłowymi ilościami folii śniadaniowej starucha ma wobec dziecka wysoce niemoralne plany gastronomiczne, które trzeba za wszelką cenę pokrzyżować. A Cobalt, jej najbardziej zaufana tropicielka, za szczyt komizmu uważa ucinanie ludziom uszu, bo jest ich zapaloną kolekcjonerką. Nie, żeby odgrywało to ważną rolę w fabule: po prostu miałem ochotę o tym wspomnieć.

środa, 12 lipca 2023

The Sisterhood (1988)

Ponieważ Cirio H. Santiago najwyraźniej jest świętym patronem Apokalipca, na kolejny film w maratonie wybrałem ponownie dzieło jego autorstwa. Tym razem miałem ochotę na coś zawierającego jakieś feministyczne akcenty, dlatego zdecydowałem się na The Sisterhood, który można by określić krótko jako „Mad Max w spódnicy”. Albo może raczej bez spódnicy, ponieważ piękne panie w nim występujące są zdecydowanie skąpo odziane. Poskąpiono również paru innych istotnych rzeczy, ale o tym później.

poniedziałek, 10 lipca 2023

Equalizer 2000 (1986)

Ostatnim filmem i zdecydowanym przebojem zeszłorocznego Apokalipca okazał się Wheels of Fire, o którego licznych zaletach miałem wtedy okazję się całkiem sporo porozwodzić. Ślubowałem wówczas, że świętej pamięci reżyser Cirio H. Santiago jeszcze nie raz pojawi się na tym blogu. Dlatego też postanowiłem obecną edycję maratonu rozpocząć właśnie od jego dzieła. Filipińczyk nakręcił sporo postapo, wybór nie był więc łatwy. Wiedziałem też, że na pewno nie każda pozycja będzie godna uwagi, a przecież internetowym „krytykom” nie zawsze można wierzyć. Po głębokim zastanowieniu zdecydowałem się na film pod absolutnie niesamowitym tytułem Equalizer 2000, czyli Wyrównywacz Dwa Tysiące. To wierne tłumaczenie, a nie żadna tam moja kwiecista reinterpretacja. Wyrównywacz Dwa Tysiące, czujecie to? Wyrównywacz Dwa Tysiące! Rzadko kiedy ludzki umysł tworzy wyrażenia brzmiące równie niebywale. Mam ochotę stanąć na dachu wieżowca i z rękami nad głową radośnie wykrzyczeć ten tytuł na całe gardło. Wyrównywacz Dwa Tysiące! Wyrównywacz Dwa Tysiące!

Niewielu jest takich twardzieli jak Slade. Imponujące muskuły, gęsta broda, twarde spojrzenie ciemnych oczu, niemal zerowa ekspresja – gdzie w postapokaliptycznym świecie można spotkać kogoś takiego? (To ironia, tak w ogóle.) Jego jedyną słabością jest miłość do taty, razem z którym służy w The Authority, faszyzującej organizacji wojskowej, usiłującej w zrujnowanym świecie twardą ręką odbudować jakąś namiastkę cywilizacji. Gdy ojciec zostaje porzucony przez swój oddział w trakcie starcia z rebeliantami, Slade skacze mu na ratunek. Nic szczególnie dobrego z tego nie wynika: tatuś ginie tak czy inaczej (zresztą z rąk swoich towarzyszy broni), a Slade zostaje uznany omyłkowo za dezertera i do tego ranny. Mimo to uchodzi z życiem, a niedługo potem jeszcze daje radę wyciągnąć z tarapatów piękną Karen, która w ramach podzięki zawozi go do kryjówki zamieszkanej przez kilku pozornie pokojowo nastawionych ludzi. Tak rozpoczyna się największa miłość w życiu Slade’a. Nie do tej przędsiębiorczej białogłowy jednak, lecz do budowanej przez mieszkańców najzajebistszej giwery na świecie. Nazywa się ona, jak być może zdążyliście się domyślić, Wyrównywacz 2000 i posłuży mu do wymierzenia zemsty i zaprowadzenia porządku na pustkowiach.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

KONIEC APOKALIPCA 2022!


No i po maratonie. Choć wziąwszy pod uwagę jego niewielką długość, powinien raczej nazywać się sprintem – nie miałem dość energii i czasu, żeby obejrzeć więcej filmów niż trzy. Ale cóż, latka lecą, obowiązki narastają, mózg stopniowo zamienia się w galaretę, a to raczej uniemożliwia zbyt szalone filmowe ekscesy. Nie wspominając już o tym, że pisanie na ich temat dodatkowo podnosi poprzeczkę.

niedziela, 31 lipca 2022

APOKALIPIEC, CZ. 3: WHEELS OF FIRE (1985)


­Christopher Young?! Znowu się spotykamy! Kto by się spodziewał, że po zaskakującym występie na tym maratonie pojawisz się tutaj znowu? To była pierwsza myśl jaka mnie uderzyła, kiedy oglądałem napisy początkowe Wheels of Fire. A druga: to chyba najbardziej emocjonująca czołówka jaką w życiu widziałem! Dramatyczna muzyka, buchające płomienie, napisy sunące w moją stronę... Dużo się dzieje zanim jeszcze zacznie się coś dziać. Ten stan uniesienia towarzyszył mi zresztą przez następne półtorej godziny, bo ten film po prostu nie odpuszcza. Jak zacznie nakręcać szybką akcję, rzadko zdarzy mu się zwolnić. Wygląda na to, że nieżyjący już reżyser, Cirio H. Santiago, po prostu nie miał ochoty podchodzić do postapo w żaden inny sposób, bo podobnie można opisać inne jego filmy, na które zdarzyło mi się do tej pory natknąć.

Trace nie czuje się dobrze wśród homo sapiens. Być może dlatego odszedł od The Ownership, pokojowej organizacji próbującej zaprowadzić porządek po apokalipsie, jednocząc zagubionych na pustkowiu ludzi i pacyfikując wojujące ze sobą frakcje. Nudne to w końcu zajęcie dla takiego twardziela, który się kulom nie kłania, jest mistrzem walki wręcz, strzelcem wyborowym, a na dodatek jeszcze świetnym kierowcą. Muszą jednak ponownie skrzyżować szlaki, kiedy jego ukochana siostra Arlie, współpracująca z nimi, zostaje porwana przez okrutny gang dowodzony przez niejakiego Scourge’a. Żeby ją uratować, Trace jest gotów niebo i ziemię poruszyć, i biada każdemu, kto odważy się stanąć mu na drodze.

wtorek, 26 lipca 2022

APOKALIPIEC, CZ. 2: DEFCON 4 (1985)


Tym razem absolutnie fałszywa reklama: nic z tego nie pojawia się w filmie.
Podobieństwa nie są w postapokaliptycznych filmach klasy B niczym rzadkim. W końcu na jak wiele sposobów można opowiadać o zagładzie ludzkości? Ile podejść by nie wymyślić, będą prowadzić do mniej więcej tego samego. Czy to wojna atomowa, czy to broń biologiczna, czy klęska ekologiczna, każda z tych rzeczy spowoduje, że świat zacznie wyglądać jak w Mad Maksie. Nie uważam tego za wadę tych wszystkich klonów (i klonów do potęgi), w końcu sam fakt, że ciągnie mnie to postapo chyba wynika z tego, iż chcę oglądać historie do pewnego stopnia znajome. Nieczęsto jednak zdarza się, żeby jakaś historia miała tak niesamowicie podobny punkt wyjścia, jak kanadyjski DEFCON-4 (1985), który do pewnego stopnia mógłby być remakiem niedawno tutaj omawianego The Aftermath.

Troje astronautów na orbicie okołoziemskiej (tym razem dla odmiany jedna pani i dwóch panów) z przerażeniem obserwuje jak na ich ulubionej planecie wybucha coraz bardziej się zaogniający konflikt. Prowadzi on w końcu – jakżeby inaczej – do III Wojny Światowej. Po kilku miesiącach Howe, Jordan i Walker muszą lądować, gdy ich statek zostaje w tajemniczy sposób ściągnięty na coraz bardziej skażoną promieniowaniem Ziemię, gdzie z utęsknieniem czekają już na nich zagłodzeni kanibale, bandyci i faszyzująca paramilitarna horda. Znacie? No to posłuchajcie.

czwartek, 21 lipca 2022

APOKALIPIEC, CZ. 1: The Aftermath (1982)

Mam dosyć duże ego. Ja nazwałbym to po prostu silną osobowością, inni zarozumiałością, ale tak czy inaczej mam o sobie dosyć duże mniemanie. Wiem, że to i owo potrafię zrobić. Co poniektóre rzeczy nawet bardzo dobrze. Lubię, gdy ludzie przyznają mi rację. Tak, można powiedzieć, że moje ego raczej nie narzeka na małe rozmiary. Daleko mi jednak do Steve’a Barketta, który na początku lat 80. prawdopodobnie świata poza sobą nie widział, uparł się bowiem zrobić film niemal w pojedynkę. Reżyseria, scenariusz, produkcja, montaż, a przede wszystkim główna rola aktorska – zajął prawie wszystkie krzesełka. Inną sprawą jest czy miał talent do czegokolwiek.

Pamiętacie puentę Planety Małp? Trudno sobie wyobrazić, że nie. Steve Barkett musiał się zakochać w tej scenie, bo przerobił ją na punkt wyjścia The Aftermath: pod długiej kosmicznej podróży dwaj astronauci, Newman (Barkett właśnie, wyglądający trochę jak Tom Green) i Mathews (Larry Latham), powracają na Ziemię, by ujrzeć jedynie opustoszałe ruiny ludzkiej cywilizacji. Nie grasują po niej jednak uzbrojone w karabiny i jeżdżące konno, gadające małpy, lecz coś w rodzaju zombie/mutantów/kanibali (niepotrzebne skreślić), okazjonalnie napadających, zabijających i pożerających niedobitków ludzkości. Głównym zagrożeniem jest jednak przemierzający zgliszcza gang Złych Ludzi (taki postapokaliptyczny stereotyp), którzy może nie są ludożercami, ale gwałcić i mordować to lubią. Na czele grupy stoi Cutter (w tej roli Sid Haig, zawsze niezawodny w filmach klasy B), bezwzględny sadysta i psychopata, zdolny do najgorszych bezeceństw. Zaszokowani tym wszystkim przybysze postanawiają wymierzyć bandziorom sprawiedliwość, a przy okazji wygłosić kilka egzystencjalnych monologów na temat sensu życia.

środa, 20 lipca 2022

APOKALIPIEC 2022!


Raczej nie wygląda na to, żeby straszna Korona miała stać się przyczyną zagłady naszego gatunku, ale i tak strachu w ostatnich latach najedliśmy się co nie miara. I pewnie jeszcze sporo tego nieprzyjemnego uczucia będziemy musieli przełknąć, zanim cała zawierucha się skończy. Ale niezależnie przebiegu całej pandemii, tematyka postapokaliptyczna stała się bardziej popularna. Zupełnie jakby gatunek ludzki, węsząc własną, rychłą zagładę, starał się ją sobie uprzyjemnić poprzez oglądanie czy czytanie lekkich, rozrywkowych historyjek na ten właśnie temat. Może chce w ten sposób wmówić sobie, że zagłada może być jedynie fikcją? Albo że apokalipsa może być w gruncie rzeczy dobrą zabawą?

środa, 23 września 2015

O tym, jak Predator 2 zmienił moje życie.

Kinowe inkarnacje Predatora nie mają dużego szczęścia. Po ogromnym sukcesie finansowym i artystycznym pierwszego filmu oczekiwania względem kontynuacji były ogromne, co chyba jest zrozumiałe. Musiały jednak minąć trzy długie lata zanim wielbiciel galaktycznego safari powrócił na wielki ekran. W tym czasie koniunkturę nakręcało rozszerzenie tej "marki", podówczas składające się z kilku komiksów, a także raptem jednej książki i jednej gry komputerowej. Kiedy jednak wreszcie odbyła się premiera drugiej części, większość widzów i recenzentów wydała z siebie jęk zawodu. Jak to, nie ma Schwarzeneggera? Jak to, nie ma dżungli? I to ma być ten nowy Predator, na którego wszyscy czekali? Pierwszy wysokobudżetowy film Stephena Hopkinsa, reżysera świeżo po (również chłodno przyjętym) Koszmarze z ulicy Wiązów 5, okazał się ogromnym rozczarowaniem finansowym i artystycznym, a sama seria (nie licząc krzyżówek z Obcymi) miała nie doczekać się kolejnej odsłony jeszcze przez dwadzieścia lat. A i wtedy nie udało się spełnić oczekiwań: Predators to film zaledwie przeciętny. Winą za taki stan rzeczy tradycyjnie i dość zgodnie obarcza się właśnie fiasko Predatora 2. Są jednak na tym świecie ludzie, którzy nie tylko uważają go za skandalicznie niedoceniany klasyk kina, ale wręcz uwielbiają. Powiedziałbym nawet, że dużo mu zawdzięczają. Więcej niż ktokolwiek by się spodziewał.

czwartek, 12 marca 2015

Nawiedzony. O przewadze budynku nad scenariuszem.

Wszyscy wiedzą, że nie lubię remake'ów. Jakiś wartościowy wyjątek czasem się trafi, raczej nie przewyższający oryginału, ale i nie przynoszący ujmy, jednak zdecydowana większość to chłam. Lub filmy co najwyżej tak złe, że aż dobre. Przy takim nastawieniu trudno mi zawczasu nie osądzać nowej wersji jakiegoś klasyka – być może nawet jestem w stosunku do nich nieco niesprawiedliwy. W przypadku Nawiedzonego (1999) Jana de Bonta nie mogło być o tym mowy: to swobodna przeróbka słynnego filmu Roberta Wise'a, opartego na jeszcze wyżej cenionej powieści Shirley Jackson. Tak się składa, że nie znam ani jednego, ani drugiego. Jak mógłbym więc być uprzedzony, skoro nawet nie wiem o czym to było? W dodatku materiały promocyjne filmu de Bonta nie kryły, że jest to wyjątkowo swobodne podejście do materiału wyjściowego. Postanowiłem skorzystać z szansy: może ten horror sam w sobie okaże się czymś interesującym? Jak zwykle zostałem surowo ukarany za głupotę.

Doktor David Marrow, specjalizujący się w badaniach ludzkiego lęku, podstępem zwabia troje ludzi cierpiących na bezsenność do Hill House, ponurego domu, przypominającego gotyckie zamczysko. Tam planuje zainscenizować dla nich szereg scenek, tworzących sfingowany obraz mrocznej legendy rzekomo związanej z pierwszym właścicielem, wysoce podejrzanym Hugh Crainem. Opuściłby sobie wysiłek, gdyby tylko wiedział, że prawdziwe zjawy grasujące w domostwie dostarczą im prawdziwego strachu aż nadto. Theo, biseksualna artystka, Nell, asocjalna introwertyczka, i Luke, beztroski luzak, szybko przekonają się, że zaburzenia snu wcale się pod wpływem pobytu w posiadłości nie zmniejszą, ponieważ dom ma dla nich w planach wiele koszmarnych przygód.

niedziela, 8 lutego 2015

Timebomb. Zegarmistrz życia i śmierci.

W odróżnieniu od Marka Hamilla, Michaela Biehna nie da się nazwać aktorem jednej roli, ale z pewnością nie można go określić aktorem wielu ról. Jeśli zabrać z jego filmografii wkład Jamesa Camerona, niewiele interesujących rzeczy zostanie, a jeszcze mniej – z wyjątkiem Tombstone czy Twierdzy – można nazwać sukcesami finansowymi i artystycznymi. Nie zmienia to jednak faktu, że może się poszczycić kilkoma niezłymi osiągnięciami, które niestety mało kogo obchodzą. Choćby takie Komando Foki, całkiem porządny film wojenny, idealny wręcz dla fanów Call of Duty, albo Siódmy znak, zapomniany już, nienajgorszy horror teologiczny. Teraz do tej listy mogę dopisać Bombę zegarową (1991) Aviego Neshera – w pełni funkcjonalny mariaż niskobudżetowego kina sensacyjnego i science fiction. Z przewagą tego pierwszego.

Eddy Kay nie może narzekać na nadmiernie ekscytujące życie: prosty zegarmistrz na co dzień zmaga się z nakręcaniem starych zegarków i to by było na tyle. Nękające go często nocne koszmary – pełne nagości i przemocy – są jedynym urozmaiceniem, które przez lata starał się ignorować. Teraz jednak jest już tak przemęczony majakami, prześladującymi go nawet w dzień, że postanawia zasięgnąć porady pięknej pani psycholog (w tej roli optymalnie opalona na całym ciele Patsy Kensit), która niedawno dołączyła do grona jego klientów. Grzebanie w otchłani podświadomości podpowiada mu, że przeszłość może być inna niżby się zdawało. Tego samego zdania są tajemniczy agenci usiłujący od tej pory zlikwidować Eddy'ego na przeróżne sposoby. Spanikowany zegarmistrz porywa terapeutkę i wyrusza wraz z nią w podróż, mającą na celu odkrycie tajemnicy swojej tożsamości, a rządowi zabójcy cały czas depczą im po piętach.

Time Runner. More like Time Crawler.

Mark Hamill wielokrotnie był nazywany aktorem jednej roli, co być może jest trochę krzywdzące, ale i na pewno nie bardzo odległe od prawdy. Po pewnej trylogii jego kariera nie poszybowała pod niebo, zamiast tego oscylując między niskobudżetowymi gniotami i bardzo dobrym voice actingiem w niejednej kreskówce. Można w filmografii Hamilla znaleźć kilka (niemal) perełek, na przykład Worek na zwłoki i Wioskę przeklętych mojego ukochanego reżysera, Nocną eskapadę z Michaelem Dudikoffem, czy kultową tu i ówdzie Mutronikę. Gdzie jednak plasuje się taki Uciekinier w czasie (1993)? Odpowiedź brzmi: niestety, zaledwie w strefach średnich.

Jest rok 2022, a ludzkość radzi sobie całkiem nieźle. Rozbrojenie nuklearne, głównie za sprawą absolutnie wpływowego Prezydenta Świata, niemal całkiem już się dokonało, panuje dobrobyt, zaawansowane stacje kosmiczne krążą sobie wokół Ziemi, aż tu nagle – Obcy atakują! No i klops: obrona praktycznie nie istnieje, prucie do UFO z broni konwencjonalnej mija się z celem, gatunek ludzki staje więc na krawędzi zagłady. Ostatnią  nadzieją jest Michael Raynor, który cudem uniknąwszy likwidacji z rąk kosmitów, sprytnie wskakuje w wormhole, bardzo wygodnie wiszący sobie nieopodal w kosmosie, i przenosi się w czasie do zamierzchłej przeszłości – roku 1992. Wcale nie zostaje przyjęty na starych śmieciach z szeroko otwartymi ramionami: zaczynają za nim węszyć sadystyczni agenci rodem z Archiwum X, nie wiedzieć czemu lubiący miażdżyć ludziom głowy. Mają miejsce także inne ciekawe rzeczy: choć akurat nasz bohater jeszcze się nawet nie narodził, to już przyszły prezydent Neila poczyna sobie na scenie politycznej jako senator coraz śmielej.

czwartek, 30 października 2014

27 października. Mordercze klowny z psychiatryka.

Wszyscy wiemy co zrobił Victor Salva. Wszyscy to potępiamy. Tylko niektórzy mu przebaczyli, uznając że odpokutował swoje w więzieniu i na dzień dzisiejszy należy dać człowiekowi zasłużony spokój. Ja wciąż w tej kwestii nie zająłem określonego stanowiska, ale tak czy inaczej średnio uważnie śledzę karierę reżysera. Co prawda, nie oglądałem najsłynniejszego chyba Smakosza, ale już takie Złe towarzystwo uważam za prawdziwą perełkę pośród hitchcockowskich dreszczowców. Dlatego postanowiłem sprawdzić wreszcie jego pełnometrażowy debiut, ultraniskobudżetowy Dom klownów (1989). Zapominając na chwilę, że w trakcie realizacji właśnie tego filmu Salva dowiódł, że nie potrafi trzymać swoich brudnych łap przy sobie.

Trójka niezbyt zgodnych, ale kochających się braci, pod nieobecność rodziców wybiera się do wesołego miasteczka. Najmłodszy bardzo boi się klaunów i raczej nie udaje mu się przełamać tego lęku, gdy w trakcie przedstawienia staje w cyrkowym namiocie twarzą w twarz z jednym z pajaców. Starcie kończy się dla Caseya atakiem paniki i cała trójka wnet wraca do domu. Mimo, że pozostali bracia mniej lub bardziej złośliwie wyśmiewają ten pomysł, chłopak jest głęboko przekonany, że klauni chcą go dopaść. Tymczasem, z pobliskiego szpitala psychiatrycznego ucieka trójka szalonych morderców, którzy, spóźniwszy się na występ artystów, zabijają owych pomalowanych przebierańców, po czym przebierają się w ich stroje i wyruszają na podbój okolicy. Zabawa dopiero się zaczyna…

26 października. Życz sobie szybkiej śmierci!

Nigdy nie lubiłem chodzić do muzeum. Nie umiem czerpać zadowolenia z oglądania przykurzonych eksponatów reprezentujących coś, co dawno minęło i nie ma dla mnie większego znaczenia. Kto wie, może uważałbym inaczej, gdyby w muzeach wystawiano pradawne magiczne artefakty typu Arka Przymierza, święty Graal czy Włócznia Przeznaczenia? Nie za bardzo wierzę w ich istnienie, dlatego możliwość obejrzenia stanowiłaby jakąś atrakcję, jeśli nie podstawę do złośliwych żartów na temat wątpliwej autentyczności. Albo na przykład taka arabska lampa z autentycznym dżinem uwięzionym w środku – to byłoby coś, nawet mimo zakazu dotykania eksponatów. Choć po obejrzeniu Lampy (1987) Toma Daleya, reżysera jednorazowego, chyba jednak nie miałbym większej ochoty na pocieranie takiego naczynia.

Grupa młodocianych łobuzów brutalnie zakłóca domowy spokój starszej pani arabskiego pochodzenia. Włamanie jakoś tak dziwnie wychodzi, że w trakcie próby rabunku zarąbują biedaczkę toporem na śmierć. Zbrodnia nie uchodzi im na sucho: gdy jeden z nich zaczyna gmerać przy starej lampie, niechcący wyzwala dżinna, który szybko bierze się do dzieła i bezwzględnie morduje całą bandę, po czym wraca na miejsce. Lampa następnie trafia w ręce kustosza muzeum, a ten nieopatrznie pokazuje ją swojej nastoletniej córce, Alex. Dziewczyna potajemnie zakłada bransoletkę dołączoną do magicznego artefaktu, a tym samym zostaje trwale związana z demonem. Gdy wraz z przyjaciółmi przyjeżdża do muzeum na wycieczkę szkolną, jej śladem podąża banda agresywnych bydlaków, chcących odegrać się na całej paczce za pewien licealny incydent. Obie grupki młodzieży po kryjomu zostają w budynku na noc, nie wiedząc, że owa istota tylko czeka, by wyzwolić się z lampy raz jeszcze i zabić tylu ludzi ilu zdoła.

25 października. Od mutantów do striptizu.

Charles Band pojawił się w tym maratonie kilkakrotnie (zresztą pewnie jeszcze się pojawi), ale dopiero teraz trafił mi się film, którego był reżyserem. Choć tym razem nie był współscenarzystą, a więc nie trzymał pełnej pieczy nad Pasożytem (1982), film okazał się całkiem dobry. I przypomniał mi, że w dawnych czasach stary, dobry Charlie umiał zrobić za symboliczne pieniądze coś, co do dziś daje się normalnie oglądać. Taka już magia przyszłego założyciela Full Moon, tutaj jeszcze zatrudnianego przez Embassy Pictures.

Po wojnie nuklearnej niemal cała cywilizacja upadła, a w USA ludzie żyją tylko w nieskażonych promieniowaniem strefach. Doktor Paul Dean ma jednak poważniejszy problem: gdy przerwał pracę nad pasożytem-mutantem, nie spodziewał się, że świństwo przylgnie mu do brzucha i za cholerę nie będzie chciało się odczepić. Ponieważ nie chce sam stać się królikiem doświadczalnym, ucieka z rządowego laboratorium. W dodatku ma świadomość, że pasożyt niebawem wymknie się spod kontroli i zacznie zagrażać pozostałej przy życiu resztce ludzkości. Nękany koszmarami o nieudanym eksperymencie, wyrusza w podróż po postapokaliptycznych pustkowiach, okazjonalnie dokonując bezinteresownych aktów heroizmu, a także pilnie oglądając się za Wolfem, ścigającym go w Knight Riderze bezwzględnym agentem. A zmaganiach pomoże mu nikt inny, jak tylko napotkana w małym miasteczku 19-letnia Demi Moore, fetyszystka seksownych szortów.

24 października. Od pornoli do mutantów.

David DeCoteau ma interesującą karierę zawodową: zaczął od kręcenia gejowskich pornoli, by raptownie wskoczyć w niskobudżetowe kino grozy filmem Dreamaniac, potem wrócić na moment do erotyki, a chwilę później znowu zająć się realizacją tanich B-klasowców z różnych gatunków. Gdzieś tam po drodze zdarzyło mu się nakręcić – bynajmniej nie stroniący od nagości – horror science fiction Creepozoids (1987), będący idealnym przykładem arcyzwięzłości.
 
W świecie po absolutnie pobieżnie naszkicowanej nuklearnej apokalipsie żyje sobie grupka pięciorga ocalałych dezerterów, przemykających po ruinach cywilizacji. Gdy zbiera się na kwaśny deszcz (z gatunku takich przeżerających nawet kamień), z konieczności szukają schronienia w opuszczonym ośrodku badawczym. Właśnie, czy rzeczywiście jest on zupełnie opustoszały? Z jakimś cudem wciąż działającego komputera dowiadują się, że przeprowadzano tam eksperymenty nad wytworzeniem zmutowanych aminokwasów. Nietrudno się domyślić, że powstałe w ten sposób różnorakie złowrogie poczwary wszamały wszystkich naukowców, a teraz przemierzają korytarze kompleksu w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Ponieważ bohaterowie nie grzeszą zbytnią inteligencją, zajmie im dobrą chwilę połapanie się wreszcie o co chodzi, o ile wcześniej nie staną się kolacją mutanta.

środa, 29 października 2014

23 października. Ludzkie głowy? Jutro przywiozą.

Nigdy nie byłem wielkim fanem slasherów. Podobało mi się zaledwie kilka, tu i ówdzie coś mi wpadło w oko, ale ogólnie uważam ten podgatunek horroru (jeśli w ogóle liczyć go za horror: dla mnie to bardziej takie młodzieżowe kryminałki) za niezbyt ciekawą odnogę. Mimo wielkiej – przynajmniej kiedyś – popularności, tego typu filmy rzadko mają do zaoferowania cokolwiek więcej, niż pomysłową charakteryzację i kreatywne sceny śmierci (jakkolwiek cynicznie by to nie zabrzmiało). Pod każdym innym względem zwykle zanudzają. Co jednak, jeśli utalentowana ekipa początkujących napaleńców, naznaczonych błogosławieństwem Sama Raimiego, weźmie się za taką niewdzięczną konwencję i da z siebie wszystko? Wtedy dostaniemy taką małą perełkę jak Intruz (1989) Scotta Spiegela.
 
Tyrająca w supermarkecie młodzież otrzymuje od szefów złą wiadomość: marzenia o wieloletniej, spektakularnej karierze w roli sprzedawców, układaczy produktów, czy przesuwaczy pudełek, nie ziszczą się, bo już wkrótce ich miejsce pracy zostanie sprzedane i zlikwidowane. Ich przełożonych niezbyt obchodzą zrodzone przez to komplikacje życiowe, pracownicy mogą więc liczyć co najwyżej na referencje i pożegnalną premię. Na domiar złego kasjerka Jennifer przeżywa niespodziewaną wizytę swojego byłego, niezrównoważonego psychicznie chłopaka. Po agresywnym incydencie łobuz zostaje wyrzucony, ale na tym dramatyczne wydarzenia się nie kończą. Gdy pracownicy zostają na nocną zmianę w celu zrobienia inwentaryzacji, zaczynają jedno po drugim padać ofiarą bezszelestnie przemykającego po zapleczu tajemniczego mordercy, który za punkt honoru postawił sobie zabijać każdą kolejną osobę w coraz bardziej wymyślny sposób…

22 października. Harry Potter i... Harry Potter.

Wszyscy wiedzą, że Troll 2 nie jest żadną kontynuacją, i że nawet nie ma nic wspólnego z trollami jako takimi. Jest też powszechnie wiadome, że "pierwszy" film to taki pomniejszy prawie klasyk familijnego horroru fantasy, który w ciągu ostatnich kilkunastu lat stał się nieco głośniejszy z powodu ogromnej popularności książek o Harrym Potterze. Chyba każdy słyszał o podejrzeniach jakoby J.K. Rowling zapożyczyła nazwisko głównego bohatera z tej – bądź co bądź, również magicznej – historyjki, choć ona sama stanowczo temu zaprzecza. Skoro jednak stanowi to wiedzę powszechną, po co w takim razie o tym piszę? Proste: żeby w ten podstępny sposób mieć zaliczony wstęp do tekstu o Trollu (1986).

Typowa amerykańska rodzina nazwiskiem Potter wprowadza się do typowego amerykańskiego bloku. Bezpośrednio po przeprowadzce mała córeczka zostaje porwana przez wyjątkowo obleśnego trolla, który za pomocą magicznego pierścienia zaczyna się pod nią podszywać. Nie do końca skutecznie: owszem, matka i ojciec są nieco zdziwieni nietypowym zachowaniem dziewczynki, a w szczególności nową etykietą przy stole, ale już nastoletni syn nie ma wątpliwości, że jego siostrę zastępuje jakiś oszust o nadprzyrodzonych zdolnościach. Mało tego – złośliwy knypek odwiedza w budynku kolejnych mieszkańców i przy użyciu magii "asymiluje" ich mieszkania, przekształcając je w części czarodziejskiego królestwa, a samych sąsiadów przemienia w przeróżne mityczne stworzenia. Lepiej nie myśleć co będzie, gdy uda mu się dokończyć dzieła…

poniedziałek, 27 października 2014

21 października. Powrót Charlie Spradling.

Tylko jedno może być lepsze od widoku Charlie Spradling: widok nagiej Charlie Spradling. A co może być lepsze niż pozbawiona odzieży Charlie? Goła Sherilyn Fenn, oczywiście. Kto nie wierzy, może się naocznie o tym przekonać oglądając Meridian (1990) Charlesa Banda, całkiem niezły horror romantyczno-erotyczny ze stajni Full Moon Entertainment – ta przeróbka Pięknej i Bestii kładzie bowiem o wiele większy nacisk na piękno niż na bestialskość. A przynajmniej na to kobiece, bo z chłopami to jestem obrzydliwy.

Catherine i Gina, dwie prześliczne i anatomicznie wybitne dziewczyny, absolwentki sztuk pięknych, przyjeżdżają do Włoch. Zatrzymują się na zamku, który jedna z nich odziedziczyła po ojcu. Pod wpływem spontanicznej głupoty postanawiają zaprosić na wystawną kolację miejscową cyrkową trupę, przewodzoną przez tajemniczego przystojniaka. Uczta przebiega tak jak należałoby się spodziewać: obie dziewoje zostają naćpane jakimś gwałtogennym narkotykiem i przeleciane (w zwolnionym tempie, żeby się lepiej napatrzeć). Giną zajmuje się ów piękny sztukmistrz, natomiast Catherine dostaje się w łapy jego bliźniaka, który w trakcie figli zamienia się w wilkołakopodobną bestię. Jak by miała dziewczyna mało kłopotów na głowie, dowiaduje się jeszcze od swojej niani, że nękające ją wizje zasztyletowanej kobiety to przejaw klątwy, ciążącej na jej rodzie od XV wieku. A Catherine jest następna w kolejce do zaciukania.

niedziela, 26 października 2014

20 października. Jak brat z bratem.

Wbrew temu co można pomyśleć po wczorajszym wpisie, strasznie lubię horrory science fiction. Ale tylko takie, w których nauka jest raczej niezbędna do opowiedzenia danej historii, gdzie wątki nadprzyrodzone (jak choćby nawiedzona winda) nie pasowałyby wcale. Najlepiej do takiego połączenia nadają się historie o morderczych hybrydach-mutantach. Pewnie dlatego tak bardzo podobał mi się The Kindred (1987).

Gdy John odwiedza w szpitalu swoją matkę, panią naukowiec, która dopiero co wybudziła się po wypadku samochodowym z kilkuletniej śpiączki, nie spodziewa się usłyszeć takiego życzenia: ma zniszczyć wszystkie matczyne notatki, próbki i osiągnięcia naukowe zgromadzone w domowym laboratorium. Oprócz tego wyrywa jej się jakaś nie do końca zrozumiała wzmianka o tajemniczym bracie, o którego istnieniu młodzieniec nigdy nie słyszał. John, również obracający się w świecie nauki, wraca do rodzinnego domu na odludziu, gdzie matka przeprowadzała genetyczne eksperymenty, a przy okazji zabiera ze sobą grupkę przyjaciół z pracy. Przeprowadzona na miejscu inspekcja wykazuje, że matka faktycznie dłubała w podejrzanym projekcie, mającym na celu sztuczne wytworzenie jakiegoś potworka. Tylko gdzie on się podział? I jak bardzo zdążył przez te lata odosobnienia urosnąć?